Za dwa tygodnie wyrok za inwigilację prawicy?

Wszystko wskazuje na to, że w pierwszych dniach lutego warszawski sąd wyda wyrok w procesie Jana Lesiaka, b. funkcjonariusza UOP oskarżonego o inwigilację prawicy

Na 1 lutego sąd zaplanował głosy stron w procesie Lesiaka, b. szefa Zespołu Informacyjno Operacyjnego UOP oskarżonego o bezprawne działania wobec partii politycznych w latach 1991-97. Sąd się śpieszy, w marcu mija bowiem termin przedawnienia tej sprawy.

Wczoraj odrzucił wniosek obrony o powołanie na świadków b. prezydenta Lecha Wałęsę, sekretarza stanu w jego kancelarii Mieczysława Wachowskiego, b. premier Hannę Suchocką i szefa URM w jej rządzie Jana Rokitę. - W naszej ocenie wniosek zmierzał do przedłużenia sprawy - mówił sędzia Sławomir Machnio, przewodniczący w rozprawach. Dodał, że ewentualne zeznania tych świadków "nie wniosą nic nowego do sprawy".

Na ostatniej rozprawie mają zeznawać trzej ostatni świadkowie z zespołu Lesiaka. Prawdopodobnie on sam złoży wyjaśnienia. Rezerwowy termin na mowy końcowe i ewentualnie wyrok to 2 lutego.

Wczoraj przed sądem stanął przełożony Lesiaka Wacław B., czyli szef gabinetu szefa UOP. - Czy pan coś wie o sieci agentury w partiach? W mediach? - Nic mi o tym nie wiadomo - odpowiadał świadek, dziś adiunkt na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim.

Przed sądem pojawił się też Jacek Podgórski, b. dziennikarz "Kuriera Polskiego", na łamach którego w początku lat 90. opisywał afery związane z Porozumieniem Centrum Jarosława Kaczyńskiego. Potem był także funkcjonariuszem UOP, w końcu doradcą premiera Leszka Millera. Zeznawał za zamkniętymi drzwiami. - Nie zajmowałem się inwigilacją prawicy, nie pisałem artykułów na zlecenie - mówił Podgórski po wyjściu z sali rozpraw, co zarzucali mu prawicowi politycy.