Bałkańscy mistrzowie nieudacznicy

"Księga rekordów Szutki" Aleksandra Manica to porównywany do modnego "Borata" fałszywy dokument o Romach - śmieszna, sympatyczna bałkańska mistyfikacja

W "Boracie" z 2006 r. odwiedzamy rzekomą kazachską wioskę, gdyż pochodzi z niej tytułowy bohater. Tu zaglądamy do prawdziwej mieściny w Macedonii, ale o naśladownictwie nie może być mowy, bo "Księga rekordów Szutki" powstała w roku 2005. Oba filmy mają jednak cechy wspólne - pokazują ekscentryczne geograficzne zadupie, oba malując je, kpią z narodowych stereotypów, które nierzadko przyjmują obraźliwą formę.

Film Manica dzieje się w Szutce, największym skupisku Romów na Bałkanach. Kogóż my tu nie spotykamy - i boksera-narkomana, i faceta piszącego słownik romski (nigdy go nie ukończy) oraz piosenki, które, jak twierdzi, zsyła mu Bóg, i derwisza deklarującego, że potrafi zdematerializować człowieka, a później ponownie go zmaterializować, tyle że w innym miejscu, np. w Ameryce, i mocno podstarzałego strojnisia, który zafundował sobie dziecko, ale nie jest do końca pewien, czy to on jest tatusiem (prowadzenie się mamusi budzi wątpliwości).

Czym charakteryzują się wszyscy mieszkańcy Szutki? Upodobaniem do rywalizacji. Tu liczy się tylko to, by być w czymś najlepszym: mieć najwięcej kaset z muzyką turecką albo najwięcej garniturów, pobić konkurencję w podrywaniu, w tropieniu wampirów, w które się tu wierzy, w okradaniu cmentarzy i w hodowli gęsi wykorzystywanych do walk. W Szutce nawet dysputy religijne - chrześcijanie kontra muzułmanie - przyjmują formę konkursu.

Trudno uwierzyć, że Szutka rzeczywiście istnieje - zwłaszcza że to słowo oznacza po rosyjsku "żart". Sensu tego filmu nie należy czytać wprost. Łatwo dostrzec, że bohaterowie "Księgi rekordów..." pod płaszczykiem swej nadaktywności skrywają życiową niemoc. Oddają się czemuś z obłąkańczą zachłannością, żeby nie dopuścić do siebie myśli, że nie ma przed nimi żadnych perspektyw. Oni już tacy są - żyją z zasiłku, ale na organizację wesel i ceremonii obrzezania sypią forsą jak najęci.

Aleksandar Manic (1966), autor tego niby-dokumentu, pochodzi z serbskiej Wojwodiny, okręgu, w którym leży Nowy Sad. W Kolonii studiował filozofię, by potem przenieść się do praskiej szkoły filmowej FAMU (dyplom 1994). Po niej pracował jako asystent reżysera i tłumacz - w tym ostatnim charakterze m.in. dla Emira Kusturicy, który w 1997 r. pozwolił mu nakręcić dokument o powstawaniu "Undergroundu".

Po "Księdze rekordów..." znać, że Manic zapatrzył się na Kusturicę. Lubi figury tak przejaskrawione, że aż prawdziwe, a z każdą z nich wiąże historię tak odjechaną, że aż prawdopodobną. No i całość ma, jak u Kusturicy, ten cygańsko-szelmowski koloryt.

"Księga rekordów..." jest zabawna, podoba się ludziom. Dostała nagrody publiczności na festiwalach w Madrycie i Pradze. Jeśli miałbym jej coś do zarzucenia, to to, że uparcie trzyma się jednego tonu.

Manic zresztą nie tylko Kusturicy się tu kłania. Nie przypadkiem w filmie rozbrzmiewa muzyka Nino Roty z "Osiem i pół" Felliniego, nie przypadkiem firma producencka, której współwłaścicielem jest Manic, nazywa się Cabiria Ltd. Ludzkie panopticum zebrane w Szutce spodobałoby się wielkiemu Włochowi, który przed zdjęciami urządzał w Cinecitta werbunek dziwolągów. A Szutka ma coś z jego rodzinnego Rimini.

"Księga rekordów Szutki", Czechy - Serbia i Czarnogóra 2005