Szczyrk chce ogłosić stan klęski żywiołowej

Górale chcą ogłoszenia klęski żywiołowej. Powód? Jak nie ma śniegu, nie przyjeżdżają turyści i nie przywożą pieniędzy

Od poniedziałku ferie zaczęły się w województwach: kujawsko-pomorskim, lubuskim, małopolskim, świętokrzyskim, wielkopolskim. Ale w Beskidach jest pusto. Ze świecą szukać jakiejś grupy kolonistów.

Do Szczyrku mieli przyjechać na tydzień ferii Anna i Maciej Gwoździowie z dziećmi. Zarezerwowali dwa pokoje u jednego z gospodarzy - dla siebie i przyjaciół. Wczoraj odwołali przyjazd: - Nie ma śniegu i dzieci oszaleją z nudów - tłumaczyli.

Zamiast śniegu, pod szczyreckimi wyciągami Skrzat i Krasnal zieleni się trawa. Wyciągi należą do rodzinnej spółki Porębskich. Żyją z wyciągów i z wynajmowania turystom trzech pokoi. W niedzielę zadzwonili ludzie, którzy zarezerwowali u nich miejsca na ferie. Zrezygnowali, bo nie ma śniegu.

Głowa rodziny, pan Stefan, jest na rencie. Ma córkę i trzech synów. Tylko jeden z nich nie pracuje w rodzinnym interesie. Porębski wstaje w nocy i sprawdza, jaka jest temperatura. Czeka na mróz. Jeśli tylko temperatura spadnie poniżej zera, z synami i zięciem pójdą w środku nocy śnieżyć stok. To ich praca. Za zarobione w zimie pieniądze muszą przeżyć cały rok. Zapłacić rachunki, kupić najmłodszemu synowi książki do szkoły. Muszą też odłożyć pieniądze na konserwację wyciągów. To worek bez dna, trzeba wymieniać liny, oświetlenie. Ostatnio popsuł się silnik, sporo pieniędzy poszło na naprawę.

- Latem mało kto do nas zagląda, gościnne pokoje stoją puste. Czasem na sobotę i niedzielę ktoś wpadnie, ale to wszystko - mówi pan Stefan. - Jeśli zima jest dobra, starcza nam na normalne życie, bez luksusów. Co będzie w tym roku? Strach myśleć. Bo ciągle przypomina mi się zima z 1990 roku. Wtedy śnieg spadł dopiero w połowie marca. Pamiętam, jaki to był dramat dla wielu szczyreckich rodzin. Po tej zimie trudno było się pozbierać - opowiada.

Wiślański Stożek to jedna z najbardziej popularnych stacji narciarskich w Beskidach. Właściciel ośrodka, Witold Pruski, trzy lata temu zaciągnął kredyt i wymienił jeden z orczyków na dwuosobowe krzesełka. Gdy zapowiadały się bezśnieżne święta Bożego Narodzenia, Pruski pomyślał - zdarza się. Ale teraz z każdym dniem zaczyna się coraz bardziej denerwować. Śniegu nie ma, wyciągi stoją, z kolejki korzystają nieliczni spacerowicze, a kredyt trzeba spłacać. - Sprawdzam wszystkie prognozy pogody, ale w najbliższym czasie nie ma szansy na śnieg - martwi się Pruski.

Dla Pruskiego, podobnie jak dla Porębskich, wyciągi to źródło utrzymania. W dodatku, zatrudnia w ośrodku kilkanaście osób.

Na szczyrecki Biały Krzyż narciarze zazwyczaj przyjeżdżają już w listopadzie. Gdy w połowie grudnia nadal nie było śniegu, Aniela Znamirowska - właścicielka ośrodka - postanowiła zwieźć go na przełęcz z gór. Przez tydzień w zbieraniu śniegu pomagali jej parafianie księdza Jana Byrta, proboszcza miejscowej parafii ewangelicko-augsburskiej. Udało się naśnieżyć trasę, zjechali się snowboardziści i narciarze. Niestety, nie na długo. Temperatura poszła w górę, zaczął wiać halny i po śniegu nie ma śladu. Podobnie, jak po narciarzach.

- Chyba tylko na jakąś paczkę z nieba pozostaje mi czekać. Śniegu nie przywiozę, bo nie ma skąd - wzdycha pani Aniela.

Wiele spośród 170 beskidzkich wyciągów orczyków nie przewiozło tej zimy jeszcze ani jednego narciarza. Straty liczą jednak nie tylko właściciele wyciągów. Wielu mieszkańców Wisły, Szczyrku czy Korbielowa żyje z sezonowej pracy w ośrodkach narciarskich. Odśnieżają parkingi, obsługują wyciągi, handlują oscypkami na ulicznych straganach.

- Zimą zeszłego roku pomagałem gospodarzom odśnieżać parkingi, zawsze dali za to parę złotych. Wszystko dawałem mamie. Mało zarabia, nie jest nam łatwo - opowiada 19-letni Mateusz.

Nie ma śniegu, nie mają pracy. Ten sam problem mają właściciele serwisów narciarskich, wypożyczalni sprzętu, instruktorzy jazdy na nartach i snowboardzie. Odwoływane są też niemal wszystkie zaplanowane na styczeń zimowe imprezy sportowe. Wielu mieszkańców Podbeskidzia zostanie po zimie z trudnymi do spłacenia długami.

- Brak śniegu to dla Beskidów katastrofa. Klęska taka sama, jak powódź czy susza - mówi Wojciech Bydliński, burmistrz Szczyrku, który razem z magistrackimi prawnikami sprawdza, czy brak śniegu może być powodem do złożenia wniosku o ogłoszenie stanu klęski żywiołowej. Byłaby to szansa na pieniądze od rządu, które chociaż minimalnie zrekompensowałyby straty górali. Pomysłem burmistrza zaczęto się już interesować w innych beskidzkich miejscowościach. - To naprawdę może być szansa. Tylko musimy działać razem - uważa Pruski.

Aleksander Radkowski, naczelnik bielskiego Powiatowego Centrum Zarządzania Kryzysowego, do pomysłu jest nastawiony sceptycznie: - Podstawą do wprowadzenia takiego stanu jest katastrofa naturalna bądź techniczna. Według mnie brak śniegu nie jest żadną z tych katastrof.