Co zrobić, żeby Janusz Lewandowski nie stracił stanowiska w europarlamencie

Utrzymanie stanowiska przewodniczącego komisji budżetowej Parlamentu Europejskiego powinno być w tym tygodniu najważniejszym celem polskich europarlamentarzystów i polskiej dyplomacji

Dziś i jutro dojdzie do dawno uzgodnionych przetasowań na kluczowych stanowiskach europarlamentu. Ponieważ żadna z frakcji nie ma większości bezwzględnej, więc dwie największe - Europejska Partia Ludowa - Europejscy Demokraci i Partia Europejskich Socjalistów - obsadzają stanowisko szefa Parlamentu przez połowę kadencji.

I tak hiszpańskiego socjalistę Josepa Borrella Fontellesa zastąpi niemiecki chadek Hans-Gert Poettering, który uchodzi za przyjaciela Polski.

Przy okazji stanowisko wiceprzewodniczącego europarlamentu straci Jacek Saryusz-Wolski kierujący pracami klubu PO. Platforma wchodzi w skład największej frakcji - Europejskiej Partii Ludowej, która obsadza cztery stanowiska wiceprzewodniczących. Frakcja wyłoniła w ubiegłym tygodniu kandydatów i Saryusz-Wolski przepadł w głosowaniu.

Stanowisko 14 wiceprzewodniczących jest w gruncie rzeczy symboliczne - w niewielkim stopniu wpływają oni na decyzje europarlamentu.

Przegrana Saryusza-Wolskiego stworzyła szanse dla Janusza Lewandowskiego na utrzymanie stanowiska szefa komisji budżetowej, najważniejszego stanowiska sprawowanego przez Polaka w Parlamencie. Bo prace nad budżetem UE odbywają się w komisji, a Parlament jedynie "przyklepuje" to, co komisja ustali.

Pod koniec 2009 r. zostanie dokonany przegląd wykorzystania funduszy unijnych. Lewandowski walczył o to, by w przeglądzie brali udział przedstawiciele Parlamentu mający zwykle więcej zrozumienia dla trudności takich krajów jak Polska, niż urzędnicy z Komisji Europejskiej.

Od przeglądu będzie zależeć, czy stracimy część funduszy, których nie wykorzystamy do roku 2009, czy też dostaniemy "drugą szansę". Nasi europarlamentarzyści i dyplomaci powinni zrobić wszystko, by utrzymać stanowisko szefa komisji dla Polaka.

Kłopot w tym, że pozycja naszych posłów jest dość słaba. Wprawdzie jest ich aż 54, ale połowa jest we frakcjach nieodgrywających większej roli. W największej frakcji, do której należy obsada komisji budżetowej, Polaków jest 15.

Przewodniczący komisji nie są obligatoryjnie zmieniani w połowie kadencji, a Lewandowski jest uznawany za sprawnego i bezstronnego, więc nie ma powodu, by go odwoływać. Kłopot w tym, że chrapkę na to jedno z najważniejszych stanowisk ma kilku prominentnych europarlamentarzystów.

Zagrożenie dla pozycji Lewandowskiego może też przyjść ze strony europarlamentarzystów PO. Jacek Saryusz-Wolski stara się bowiem o stanowisko szefa komisji spraw zagranicznych, które dziś sprawuje Niemiec, chadek Elmar Brok.

Brok w ostatnim roku starał się załagodzić polsko-niemieckie spory, razem z polskimi europarlamentarzystami opowiadał się za twardym stanowiskiem wobec łamania praw człowieka na Białorusi. Jego odwoływanie nie leży w naszym interesie.

Gdyby Saryuszowi-Wolskiemu udało się uzyskać poparcie większości frakcji, a następnie PE, byłoby to równoznaczne z pozbawieniem Lewandowskiego stanowiska w komisji budżetowej. Nie ma mowy, by Polacy mogli szefować dwóm tak ważnym komisjom. Co więcej, na miejsce Lewandowskiego w komisji budżetowej niemal na pewno przyszedłby ktoś z Niemiec, które dają najwięcej do budżetu. Zapewne jego podejście do wykorzystania przez Polskę funduszy byłoby bardziej rygorystyczne niż Lewandowskiego, w związku z czym wzrosłoby prawdopodobieństwo utraty części pieniędzy.

Wygrana Saryusza-Wolskiego w zamian za przegraną Lewandowskiego byłaby więc dla nas skrajnie niekorzystna. Byłoby więc dobrze, gdyby władze PO wyperswadowały Saryuszowi podejmowanie tych starań i namówiły go, by raczej wykorzystał swe wpływy do obrony pozycji szefa komisji budżetowej.