Modny Franciszek Goya

Za kilka tygodni na ekranach kin całego świata pojawi się nowy film Milosza Formana "Duchy Goi". Co przesądza, że ten hiszpański artysta staje się dziś modny?

Goya. Artysta i jego czas

Robert Hughes przeł. Hanna Jankowska

W.A.B., Warszawa

O tym niesamowitym malarzu, który w sztuce swego czasu był odpowiednikiem Woltera, oświeconym sceptyku, który umiał wskazać i wyszydzić hipokryzję swoich czasów, zawsze warto czytać. Z problemem Goi mierzyli się pisarze (Feuchtwanger, Ortega y Gasset), chętnie podejmują go filmowcy (Carlos Saura, a teraz Forman).

Robert Hughes to krytyk sztuki znany z błyskotliwych recenzji w amerykańskim "Time Magazine". Temu, że zainteresował się Goyą, zupełnie się nie dziwię. Ten artysta urodzony w 1746 r. w Aragonii, służący jako malarz na dworze hiszpańskich Burbonów, jest postacią wyjątkową. Choć żył na przełomie wieku XVIII i XIX, ważniejszy był dla następnych epok. Nie tylko dlatego, że jego cykle graficzne, z którymi dzisiaj jest lepiej kojarzony niż ze swoimi obrazami, wydano w dużej części już po jego śmierci, w latach 60. XIX wieku. Jego wrażliwość i pojmowanie świata daleko wykraczały poza świadomość artystów jemu współczesnych. Wizje, którymi operował, metaforyka, którą znamy z satyrycznych i metafizycznych "Kaprysów", bliska jest dzisiejszemu postulatowi, by artysta był wobec rzeczywistości krytyczny. Ich krytycyzm bliższy jest też współczesnej Goi literaturze niż współczesnej mu sztuce. Kiedy w jednej z rycin z cyklu "Kaprysy" Goya przedstawia ludzi, którzy niosą na plecach osły, artysta idzie przecież śladem Jonathana Swifta z jego genialnej satyry o kraju zamieszkanym przez postaci podobne do ludzi, którymi pomiatały rządzące tym krajem konie. "Kaprysy" Goi opublikowane przez artystę w 300 kompletach w 1799 r. sprzedawały się słabo, prawie wcale, jak podaje Hughes, za życia Goi sprzedało się ich 27.

Ale nie narzekajmy na nieczułość epoki. Należy się cieszyć, że Goya miał tak mało kłopotów z cenzurą. Inkwizycja zainteresowała się nim tylko raz, w 1815 r., kiedy zaczęła go rozliczać z namalowanej ponad dziesięć lat wcześniej "Mai nagiej". Jednak - jak rzetelnie analizuje tę historię Hughes - nie chodziło w gruncie rzeczy o samą obrazę moralności, ale o to, by ukarać Goyę. Dla wracającego na tron hiszpański monarchy Goya, który w okresie napoleońskim pozostał w Madrycie i przyjmował zamówienia z kręgów nowej władzy, był postacią podejrzaną. Wyjazd Goi do Francji w 1824 r. był polityczną emigracją. Artysta był hiszpańskim patriotą, potem starał się o zezwolenie na legalny pobyt w Hiszpanii, ale zmarł na wygnaniu. Hughes ciekawie pokazuje złożoną sytuację Goi zarówno na absolutystycznym dworze w Madrycie, jak i na emigracji we Francji. Goya - choć oponent absolutyzmu - był zbyt silnie związanym z własną tradycją Hiszpanem, by poczuć się dobrze we Francji.

Hiszpania końca XVIII w., jak o tym pisze Hughes, była podzielona przez konflikt mody francuskiej i tradycji hiszpańskiej. Ci, którzy nosili się z francuska, nazywani byli "petimetre", ci drwiący z "francuszczyzny" i optujący za rodzimym stylem, określali się jako "majo". Księżna Alba na słynnym portrecie Goi ubrana jest w tym stylu i on sam tak się nosił.

Sentyment do swego kraju i jego zwyczajów Goya zachował do końca. Teka jego litografii przedstawiających walki byków wydana w Bordeaux w 1825 r. była wyrazem tęsknoty i nostalgii za utraconą ojczyzną, trochę jak "Pan Tadeusz" Mickiewicza w Paryżu. Wśród nowocześnie, profrancusko nastawionej emigracji nie cieszyły się wielkim powodzeniem.

Z tej książki mnóstwo się można dowiedzieć, tło społeczne i polityczne sztuki Goi ukazane zostało w całej rozciągłości.

Co zatem szwankuje? Książka jest anachroniczna. Mimo ogromnych wysiłków autora, by patrzeć na Goyę przez pryzmat dzisiejszych czasów, znalazłam tam Goyę niedzisiejszego, Goyę zamierzchłej epoki. To trochę starożytna biografia, która męczy swoimi "gdyby" i "być może". Dlatego Lion Feuchtwanger ze znanym także u nas, beletrystycznym "Goyą" pozostaje jednak wciąż na mocnej pozycji wśród wydanych po polsku książek o malarzu, chociaż wiele - łącznie z gorącym romansem Goi z księżną Albą - prawdopodobnie zmyślił.

Zaletą książki Feuchtwangera było jej zaangażowanie. Kiedy ten pisarz - emigrant z nazistowskich Niemiec - kreślił w książce obraz Hiszpanii, kraju odciętego od świata, ogarniętego kultem rycerzy i pogardą dla rozumu, to czujemy, że mówił o innym zgoła kraju i wiedział, o czym mówi.

Kiedy Hughes wygłasza poprawnie polityczne tyrady o tym, że "Okropności wojny" to "rozdzierające serce grafiki, w których twórca dał świadectwo niewyobrażalnym wręcz tragediom z czasu hiszpańskiego powstania przeciw Napoleonowi", czyta się to z pewnym niesmakiem. Przeszkadza nadmierny patos. Hughes urodził się w Australii w 1938 r. Od lat 70. mieszka w Stanach i doskonale sobie zdaje sprawę ze swego oddalenia od europejskich problemów. "My, młodzi Australijczycy, których dzieciństwo przypadło na lata 40. XX wieku, nie poznaliśmy z bliska takich okropności". Nie chcę powiedzieć, że zdolność rozumienia sztuki musi być uwarunkowana geograficznie, ale w przypadku Hughesa rzeczywiście coś w tej empatii zawiodło.

Drugi błąd polega na zbyt dokładnym zamknięciu Goi w historii. Kiedy czytam, że wiek XX, mimo iż rozdzierany ogromnymi konfliktami, nie wydał jednak podobnie wielkiego i moralnie wstrząsającego artysty, nie wierzę w samodzielność intelektualną osoby, która taki sąd wydaje. Zawołanie o miałkości naszych czasów w porównaniu z wielkimi dawnymi epokami jest już tak oklepane, że człowiek uczony powinien chcieć je podważać, a nie powtarzać.

"Co miał takiego Goya, czego brak współczesnym nam artystom?" - stawia swoje banalne pytanie Hughes. I, niestety, na nie odpowiada: "Może to epoka środków masowego przekazu, nasza epoka, przeładowana wszelkimi rodzajami bodźców wizualnych do tego stopnia, że wszystkie obrazy stały się w jakiś sposób zastępowalne, epoka, w której niewiele wyróżnia się na dłużej w spowijającej wszystko obrazkowej mgle, zatarła i unicestwiła część tej zapadającej w pamięć odrębności, jaką posiadała niegdyś każda wizualna ikona?".

Gdyby Hughes przeczytał swoją własną książkę, musiałby zmienić zdanie. Cóż po "odrębności wizualnych ikon", kiedy nikt ich ani dobrze nie rozumiał, ani nie chciał kupować? Czy nie świadczy to jednak na korzyść naszej epoki, że doceniła "Kaprysy" Goi?

Hughes w wymiarze filozoficzno-krytycznym poległ. Za to napisał wyczerpującą biografię, precyzyjnie kreślącą stosunki społeczno-polityczne czasów Goi, trochę seksistowską ("Goya wyczuł jej seksapil nieokiełznanym instynktem psa węszącego zdobycz"), trochę postępową. Dobrą, rzetelną, dziewiętnastowieczną.