Piętrowe abrakadabra

?Prestiż" Christophera Nolana to film tyleż stylowy co przekombinowany

Prestiż

reż. Christopher Nolan

USA 2006

Oglądając go, ma się wrażenie, że Nolan chciał opowiedzieć o zbyt wielu rzeczach naraz. Tematem głównym jest tu rywalizacja dwóch scenicznych magików - Roberta Angiera (Hugh Jackman) i Alfreda Bordena (Christian Bale) - występujących u schyłku XIX wieku w Londynie.

Tyle że rychło zostaje on wzbogacony o wątek wpływu owego współzawodnictwa na życie osobiste bohaterów. Obaj panowie składają kobiety (i ich uczucia) na ołtarzu swej prestidigitatorskiej pasji: dotyczy to zarówno żony Angiera - Julii (Piper Perabo), żony Bordena - Sarah (Rebecca Hall), jak i asystentki obu panów - Olivii Wenscombe (Scarlett Johansson).

Jest jeszcze w filmie trop trzeci, i to rozgałęziony. Poznajemy kulisy rozlicznych sztuczek, instruuje się nas, jak można zwieść niezbyt uważnego widza. Jednak nawet najbardziej zmyślne numery nie zaspokajają ambicji bohaterów filmu. Im marzy się nie oszukiwanie, lecz prawdziwe cuda.

Angier, by posiąść ich tajemnicę, udaje się do amerykańskiego Colorado Springs, gdzie swe laboratorium ma Nikola Tesla (David Bowie), genialny serbski wynalazca, który żył w latach 1856-1943, konstruktor m.in. silnika elektrycznego i świetlówki. Zresztą przy okazji tej podróży oglądamy odpryski konfliktu Tesli z innym gigantem wynalazczości - Thomasem Edisonem, który najpierw zatrudnił Teslę w Ameryce, a potem go prześladował.

Angier chce od Tesli maszyny do teleportacji - wchodzisz do niej, znikasz i odzyskujesz cielesność w innym miejscu. To niby rzecz naukowa, ale miałką metafizyką podszyta. Jest w niej coś z efekciarstwa bez pokrycia, które zawsze budzi podejrzliwość publiki.

Ale na publikę Nolan ma sposób. Jest nim zawiła konstrukcja filmu. To że Nolan lubi takową, wiadomo od czasu jego "Mementa" (2001). W "Prestiżu" przeplatają się różne poziomy narracji: Borden sądzony za zamordowanie Angiera czyta w celi jego zapiski, w których jest m.in. o tym, jak Angier studiuje jego zaszyfrowany dziennik, który mu kiedyś skradł. I my to podwójne czytanie i tę kradzież przemiennie oglądamy. Takie formalne zabiegi zmuszają widza do ciągłej czujności, odciągają jego uwagę od scenariuszowych mielizn.

Innej zawiłości "Prestiżu" już jednak znieść nie sposób. Ta ekranizacja powieści Christophera Priesta uświadamia nam, że każda magiczna sztuczka ma trójdzielną konstrukcję: obietnica - zwrot - prestiż, czyli coś zostaje przedstawione widzom, potem nagle znika, by za chwilę cudownie powrócić.

Niestety, sam Nolan o dziwo zapomniał o tej nauce. Jeśliby traktować jego film jako rodzaj sztuczki (a reżyser miał chyba takie ambicje), to jest w niej zdecydowanie za dużo składników - w pewnym momencie zdaje się nam, że wreszcie docieramy do czegoś, co jest ostatecznym rozstrzygnięciem, ale nie, za chwilę pojawia się jeszcze jedno i jeszcze jedno. Na dobrą sprawę reżyser mógłby klonować te finały w nieskończoność.

Nolan, zamiast trzymać się chłodnych zasad racjonalizmu, które wyznaje w filmie inżynier sceniczny Cutter (Michael Caine), współpracownik obu magików, wybrał piętrowe czarowanie widza. I stracił na tym.