2006 w kinie: Rok dwuznaczności

W ciągu minionych 12 miesięcy kinomanom trafiło się kilka okazji, by mieć tzw. mieszane uczucia

Zacznijmy od własnego podwórka. W 2006 r. Polski Instytut Sztuki Filmowej rozpoczął dofinansowywanie krajowych projektów filmowych. Niby więc wspaniale (pomijając to, że w Instytucie okopali się ludzie dawnej władzy - kierująca nim Agnieszka Odorowicz była wiceministrem w rządzie Marka Belki), jeśli pamiętać, że nasze kino było przez ostatnie lata nieznośnie biedne.

Tyle że praktyka rozdzielania pieniędzy - formalnie zgodna z wszelkimi procedurami, żeby się, broń Boże, nikt nie przyczepił - u znawców przedmiotu wywołuje chwilami znaczące uśmieszki.

Przykładowo - Władysław Pasikowski na "Stankiewicza" według tekstu Eustachego Rylskiego forsę dostał dopiero przy trzecim podejściu, a Jacek Bromski na kontynuację komedii "U Pana Boga za piecem" od razu przy pierwszym. Tu trzeba wyjaśnić, że Bromski jest szefem Stowarzyszenia Filmowców Polskich, które gorliwie wspiera PISF, zaś Pasikowski to klasyczny outsider, żyje poza środowiskowymi układami.

Oba projekty zyskały niemal identyczną ocenę ekspertów (Pasikowski 69,83 pkt, Bromski 69,75). Bromski ubiegał się o 2,4 mln i tyle mu przyznano, Pasikowski chciał 5,1 mln (jego film to rzecz kostiumowa, Bromskiego współczesna), ale otrzymał tylko 2,5 mln, co w jego przypadku stanowi ledwie jedną czwartą budżetu. Komedia Bromskiego będzie pewnie nie najgorsza (już jest realizowana), jednak to "Stankiewicz" daje większe szanse na świetne kino, a nie wiadomo, czy w ogóle powstanie (Pasikowski szuka pieniędzy w Rosji). PISF niby mu pomógł, lecz czy na pewno zrobił wszystko, co należało?

Teraz dwuznaczność druga. Na początku grudnia w Warszawie odbyła się gala Europejskich Nagród Filmowych - zjechały do nas największe sławy Starego Kontynentu, łącznie z Almodóvarem i Loachem. Impreza wypadła przyzwoicie, więc w mediach odtrąbiono, że odnieśliśmy sukces, że jesteśmy pełnoprawnymi członkami europejskiej rodziny filmowej.

Niby fajnie, ale znów jakoś nie do końca. Pamiętajmy, że podczas tej ceremonii mieliśmy tylko jednego nominowanego - Sławomira Fabickiego (rocznik 1970) z filmem "Z odzysku", który jednakowoż nie zwyciężył w kategorii europejska nadzieja. Tymczasem tego samego wieczoru laur dla najlepszego filmu 2006 r. zgarnął niemiecki debiutant Florian Henckel von Donnersmarck (trzy lata młodszy od Fabickiego!) za "Życie na podsłuchu". Więc gdzie jest ta nasza filmowa tężyzna? - pytam. Jeżeli już na gali padały jakieś nazwiska polskich reżyserów (Wajda, Polański, Skolimowski), to przywoływały one dżentelmenów po siedemdziesiątce!

Pora na dwuznaczność trzecią, tym razem zagraniczną. Oscarowym faworytem była w marcu tego roku (choć sumowano wtedy rok 2005) "Tajemnica Brokeback Mountain" Anga Lee - to, że na nią głosował, przyznał nawet Jack Nicholson wręczający statuetkę dla najlepszego filmu. Tyle że zaskoczony musiał ją wręczyć producentom "Miasta gniewu" Paula Haggisa. Tak oto homoseksualna love story (o miłości niemożliwej, bo odrzucanej przez kołtuńskie społeczeństwo) przegrała z kinem opowiadającym o problemach społeczeństwa wieloetnicznego.

I tu pojawia się pytanie: co właściwie mówi nam werdykt Amerykańskiej Akademii Filmowej (bo nie chodzi w nim przecież o klasę filmów - oba są niczego sobie)? Czy jest dowodem obyczajowego konserwatyzmu (niektórzy powiedzą: tchórzostwa) Hollywoodu? A może raczej tamą postawioną żywiołowi poprawności politycznej? O tym, jaka naprawdę była siła rażenia "Tajemnicy...", przekonamy się wkrótce. Po triumfie "Gladiatora" przyszła seria wielkich widowisk historycznych. Teraz byłby więc czas na falę filmów gejowskich - np. o tym, że George Clooney wzdycha do Angeliny Jolie, ale rzuca ją ostatecznie dla jej męża Brada Pitta (reżyserowałby to zapewne Steven Soderbergh). Czy jednak podobne fabuły rzeczywiście zaleją ekrany?

Jak radzić sobie z dwuznacznościami, pokazał tegoroczny festiwal w Cannes. Ponieważ nie było na nim filmu, który wyraźnie górowałby nad resztą, Złotą Palmę dano Kenowi Loachowi (z listy tych, co od dawna zasługują, lecz dotąd nie dostali), nie przejmując się tym, że jego "Wiatr buszujący w jęczmieniu" wybitny nie jest.

Czwarta dwuznaczność będzie się po części odnosić do przyszłości. Po poczynionych ostatnio w Ameryce środowiskowych podsumowaniach wygląda na to, że wielkie szanse na zdobycie Oscara dla najlepszego filmu 2006 r. ma "Infiltracja" Martina Scorsese. Byłoby to tyleż zaskakujące, co niesprawiedliwe. Dlaczego? Bo "Infiltracja" to film wtórny, począwszy od tego, że jest remakiem kryminału z Hongkongu. Jeszcze bardziej jednak wtórny jest dlatego, że powiela poetykę, której Scorsese używa w swym kinie gangsterskim od lat. Cóż jednak począć - skoro nie nagrodzono go ani za "Taksówkarza", ani za "Chłopców z ferajny", to pewnie wymarzona statuetka trafi mu się w momencie obniżki formy (potwierdzają ją też niedawne "Gangi Nowego Jorku" i "Aviator").

Na koniec - już bez żadnych dwuznaczności - wspomnę, iż ucieszyło mnie, że w 2006 r. udało się przeprowadzić kolejny lifting, który odświeżył serię filmów o Bondzie. "Casino Royale" - 21. spotkanie z agentem 007 - to ożywcze przestawienie akcentów w bondowskim schemacie. Ożywcze także za sprawą nowego odtwórcy roli Bonda - Anglika Daniela Craiga, w którego zresztą, usłyszawszy o jego angażu, nie wierzyłem. Ale tak pewnie musiało być, skoro zbliżający się rok zawiera w sobie cyfry 007. Będą w nim kręcić Bonda nr 22.