Pan Dynamit nie żyje

W poniedziałek nad ranem czasu polskiego zmarł James Brown - jeden z najważniejszych twórców muzyki rozrywkowej XX wieku

Soul Brother Number One, Mr. Dynamite, The Hardest Working Man In Show Business - Brown miał co najmniej tuzin przydomków. Każdy z nich brzmi jeszcze bardziej bombastycznie od pozostałych. I każdy jest uzasadniony.

Brown jako artysta był prawdziwą instytucją. Przełamywał granice gatunków, sam tworzył nowe - nie przypadkiem zyskał miano ojca chrzestnego soulu, potem muzyki funk. Sam był gwiazdą, ale jego twórczość inspirowała też innych - bez jego płyt trudno wyobrazić sobie kształt współczesnej muzyki rozrywkowej. Znaczenie Browna najłatwiej zmierzyć ilością cytatów i sampli z jego piosenek w kompozycjach innych - najczęściej hiphopowych - wykonawców: "Funky Drummer" uchodzi za najczęściej samplowany utwór w historii muzyki. W stwierdzeniu, że bez niego nie byłoby hip-hopu albo że wyglądałby on zupełnie inaczej, nie ma odrobiny przesady. Ale nie tylko hip-hopu. Do fascynacji muzyką Browna przyznawali się najwięksi - od Elvisa Presleya przez Rolling Stones po Prince'a i Red Hot Chili Peppers.

Był wielkim artystą, ale i nietuzinkową osobowością - wyświechtane stwierdzenie o biografii, która stanowi gotowy materiał na film, w przypadku Browna nabiera wyjątkowego sensu. Startował od zera, aby stać się milionerem, popadał w konflikty z prawem, kilka razy siedział w więzieniu, miał kilka żon i armię kochanek. Zanim zajął się śpiewaniem, był bokserem i bejsbolistą, a zarobione na muzyce miliony inwestował z wyczuciem urodzonego biznesmena. Dzięki piosenkom, ale i wystąpieniom publicznym był ikoną czarnej społeczności i organizacji walczących o równouprawnienie murzyńskiej mniejszości w USA. Ale był też żarliwym patriotą - za gorliwe popieranie rządu Stanów Zjednoczonych te same organizacje, które jednego dnia widziały w nim bohatera walki o sprawę Czarnych, drugiego potrafiły go nienawidzić.

Od pucybuta do milionera

Urodził się w maju 1933 roku w Barnwell w Południowej Karolinie - zapadłej dziurze gdzieś w samym środku amerykańskiego Południa. W takim miejscu młody czarny nie miał zbyt wielu dróg do wyboru. Brown spróbował wszystkich - jako kilkulatek zarabiał na ulicy, czyszcząc buty i stepując. Kilka lat później wylądował w więzieniu za kradzież samochodu. Wyszedł po trzech latach. Próbował sił w sporcie, ale jego szanse przekreśliła kontuzja nogi. Wtedy postawił na muzykę. Śpiewał gospel, później rhythm and bluesa. Jego pierwszy, nagrany w 1956 roku z grupą Famous Flames singel "Please, Please, Please" stał się wielkim przebojem. To nie były jednak dobre czasy dla muzyków, zwłaszcza czarnych. Piosenka zarabiała tysiące dolarów, ale wokalista i zespół ubezwłasnowolnieni kontraktem otrzymali za nią tylko po 150 dolarów na głowę.

Brown nie zawracał sobie tym głowy. Stawiał na kontakt z publicznością. Zyskał opinię fenomenalnego wykonawcy koncertowego. W swoim zespole wprowadził niemal wojskowy dryl: za każde złamanie regulaminu, spóźnienie na próbę czy gorszy występ karał muzyków finansowo. - To widzowie są twoim szefem - mawiał. - Nawet jeśli za bilet musieli zapłacić tylko ćwierć dolara, to oni cię zatrudniają i zawsze musisz dać im z siebie wszystko.

Grał nawet po 350 koncertów rocznie. Jeden z takich występów w Apollo Theatre w nowojorskim Harlemie nagrał za własne pieniądze - wydany w 1962 roku album "Live At The Apollo" uznawany jest za jedną z najlepszych płyt koncertowych wszech czasów. Longplay był świetną prognozą na lata 60. - okres największych sukcesów Browna. Nagrywał takie przeboje jak "Papa's Got A Brand New Bag", "I Got You (I Feel Good), "It's A Man's Man's Man's World". Stworzył też własne brzmienie - stawiając coraz bardziej na rytm i przydzielając funkcje rytmiczne takim traktowanym do tej pory melodycznie instrumentom jak gitary i czy sekcja dęta, stworzył nowy styl - funk.

Renesans dzięki hip-hopowi

Słynął z wystawnego, gwiazdorskiego stylu. Ale potrafił też rozsądnie inwestować pieniądze. W czasach największych sukcesów był właścicielem stacji radiowej i sieci restauracji. Był jedną z najbardziej popularnych postaci wśród czarnej społeczności USA. Sponsorował liczne akcje charytatywne - część pieniędzy przeznaczał na bony żywnościowe dla najuboższych. Jego wpływ był ogromny - jeden z jego utworów nosi tytuł "Say It Loud - I'm Black And I'm Proud". Gdy w 1968 roku zastrzelony został Martin Luther King, to właśnie emitowane przez telewizję koncert Browna i jego apele o spokój wpłynęły na stonowanie nastrojów społecznych. Najbardziej radykalni działacze uznali go wówczas za zdrajcę. Brown podpadł też, występując dla żołnierzy w Wietnamie. Sam tłumaczył później, że nie wierzy w przemoc i rewolucję. Wolał namawiać czarnoskórych Amerykanów, aby za jego przykładem uprawiali "czarny kapitalizm" - brali życie w swoje ręce i starali się wyrwać z Amerykańskiego Snu jak najwięcej dla siebie.

Kolejne dekady nie były już tak udane, ale dzięki nieustannym koncertom i występom w takich filmach jak "Blues Brothers" czy "Rocky IV" zdobywał nowe pokolenia fanów. Do jego prawdziwego renesansu przyczynił się jednak hip-hop i hołdy składane przez hiphopowców. Mimo upływu czasu wciąż pozostawał gwiazdą w pełnym tego słowa znaczeniu - w ostatnich latach najczęściej słyszało się o jego kłopotach z prawem. Był oskarżany o oszustwa podatkowe i pobicie żony, na kilka lat trafił do więzienia za złamanie przepisów drogowych i stawianie oporu policji.

W maju skończył 73 lata. Mimo to wciąż występował. Rok 2006 upłynął pod znakiem światowej trasy "Seven Decades Of Funk". Kolejny rok miał być równie aktywny.

W sobotę wokalista wybrał się do dentysty, który podczas badania zauważył, że ze zdrowiem Browna dzieje się coś niedobrego. U gwiazdora zdiagnozowano poważne zapalenie płuc. Choć został natychmiast hospitalizowany, jego stan gwałtownie sie pogarszał. - Odejdę jeszcze dzisiaj - miał powiedzieć menedżerowi kilka godzin przed śmiercią. Zmarł w nocy z niedzieli na poniedziałek. Jako bezpośrednią przyczynę zgonu lekarze podali niewydolność serca. - Tylko ktoś taki jak on mógł umrzeć dokładnie w Boże Narodzenie - skomentował śmierć Browna czarnoskóry polityk Jesse Jackson - Wiedział, że w ten sposób trafi na czołówki serwisów newsowych na całym świecie. To było bardzo w jego stylu.