USA powiększą swoją armię

Chce tego prezydent George Bush. Mówi się o 30-70 tys. dodatkowych żołnierzy, bez których trudno będzie wygrać globalną wojnę z terroryzmem.

Decyzja Busha to odpowiedź na płynące z wielu stron głosy, że amerykańska armia jest dziś za mała w stosunku do misji, jakich się podejmuje. Już dziś dowództwo armii ma olbrzymie problemy z rotacją żołnierzy w Iraku - ich pobyt w strefie wojny jest stale wydłużany, a odpoczynek w kraju skracany. To powoduje coraz większe zmęczenie i niskie morale, co przekłada się też na rosnącą liczbę ofiar.

Oprócz Iraku armia USA jest też zaangażowana w wojnę w Afganistanie oraz wciąż stacjonuje w ponad 30 krajach świata.

- Powiększenie armii wydaje mi się dziś niezbędne - powiedział Bush w wywiadzie dla środowego "Washington Post". - Ta ideologiczna wojna z terroryzmem, którą toczymy, będzie jeszcze trwała długo. Potrzebujemy sił zbrojnych, które będą w stanie wziąć na siebie taki ciężar i pomóc nam osiągnąć pokój.

Prezydent dodał, że wydał już rozkaz nowemu sekretarzowi obrony Robertowi Gatesowi, by przygotował propozycję powiększenia armii i symulację jej kosztów. Bush chce zawrzeć zapis o powiększeniu armii w projekcie budżetu, który prześle do Kongresu w lutym 2007 roku.

Za mało żołnierzy w Iraku

Prezydent nie zasugerował, o ile powiększyłaby się armia. Po zamachach 11 września Kongres zatwierdził tymczasowe powiększenie armii lądowej o 30 tys. - do poziomu 514 tys. Ten proces cały czas trwa, dziś armia lądowa liczy 504 tys. żołnierzy w służbie czynnej.

Według propozycji Busha to zwiększenie armii z 2001 roku przestano by traktować jako tymczasowe, a oprócz tego dodano by do niej kolejne 30-40 tys. żołnierzy. Bush chciałby też powiększyć o kilka-kilkanaście tysięcy liczący dziś 180 tys. żołnierzy korpus Marines.

Całe siły zbrojne USA - armia lądowa, marynarka, siły powietrzne i korpus Marines - liczą ok. 1,3 mln ludzi. To o blisko milion mniej od armii chińskiej i mniej więcej tyle samo, ile liczą siły zbrojne Indii.

Amerykańskie siły zbrojne zostały znacznie zredukowane po zakończeniu zimnej wojny i pierwszej wojnie w zatoce. Podczas wojny w Wietnamie liczyły ok. 3 mln ludzi (w tym armia lądowa ok 1,5 mln). W 1990 roku było to ok. 2 mln (armia ok. 800 tys).

Dalszą redukcję armii zapowiadał w 2000 roku sekretarz obrony Donald Rumsfeld. Chciał on ją odchudzić o kolejne 40 tys. w zamian za zwiększenie jej mobilności, szybkości i siły uderzeniowej. Uparte trzymanie się tej wizji sprawiło, że Rumsfeld odmawiał wysłania więcej wojsk do Iraku, chcąc pokazać, jak dobre efekty przyniosła jego reforma.

Mała armia rzeczywiście rozgromiła w efektowny sposób wojska Saddama. Okazała się jednak nieprzygotowana do tego, by przez kilka lat okupować cały kraj i zapewnić mu bezpieczeństwo.

Po pierwszych problemach w Iraku rozległy się głosy o potrzebie wysłania tam 100-150 tys. żołnierzy więcej. Gdy okazało się, że nie ma ich skąd wziąć, eksperci, emerytowani generałowie, a także wielu Demokratów i Republikanów w Kongresie zaczęli się domagać powiększenia armii. Przeważał pogląd, że armia została zbytnio zredukowana po zimnej wojnie, gdy nikt nie przewidywał globalnej wojny z terroryzmem oraz fatalnego ugrzęźnięcia w Iraku.

Podczas kampanii prezydenckiej w 2004 roku kandydat Demokratów John Kerry proponował powiększenie armii o 40 tys. O takiej potrzebie mówili też politycy obu partii podczas ostatniej kampanii wyborczej do Kongresu. Prezydent zdecydował się na to dopiero po zdymisjonowaniu Rumsfelda.

Wśród rozpatrywanych dziś przez Biały Dom opcji nowej polityki wobec Iraku coraz częściej wymienia się właśnie czasowe zwiększenie liczby żołnierzy w tym kraju (o ok. 30 tys.), by uspokoić sytuację i zapobiec kolejnym atakom. Plan Busha powiększenia armii nie jest bezpośrednio związany z tą opcją, gdyż powiększenie armii o kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy będzie trwać przynajmniej pięć, a może nawet dziesięć lat. Rocznie armia jest w stanie zwiększać swój stan osobowy o kilka-kilkanaście tysięcy żołnierzy. Koszt dodatkowego wojska to ok. 1,2 mld dol. rocznie za każde 10 000 żołnierzy.

Chętnych nie zabraknie

Skąd Amerykanie wezmą nowych żołnierzy? Dowództwo armii wierzy, że nie powinno być z tym problemu, jeśli stworzone zostaną dodatkowe zachęty dla rekrutów. W 2004 i 2005 roku armia przeżywała kryzys rekrutacyjny. Jednak w 2006 po zwiększeniu nawet do kilkunastu tysięcy dolarów bonusów finansowych za podpisanie, a przede wszystkim przedłużenie trzy-, pięcio- i dziesięcioletnich kontraktów z armią problemy rekrutacyjne zniknęły.

Takich problemów nigdy nie miał elitarny i wciąż bardzo modny wśród nastolatków korpus Marines, który zawsze ma o wiele więcej kandydatów niż jest w stanie przyjąć i przeszkolić. A to właśnie marines biorą na siebie główny ciężar walk w Iraku.