Stolica ratuje wyborczą frekwencję

Warszawa to jedyne duże miasto, gdzie frekwencja w dogrywce wyborów samorządowych była wyższa w I turze

Według danych Państwowej Komisji Wyborczej z 16.30 w całym kraju do urn poszło 28,81 proc. uprawnionych. Dwa tygodnie wcześniej do tej godziny głosowało 34,13 proc. (ostateczna frekwencja w wyborach wójtów, burmistrzów i prezydentów wyniosła 45,91 proc). A więc podobnie jak w 2002 r. w II turze wyborów samorządowych frekwencja była mniejsza niż w pierwszej. Cztery lata temu w II turze głosowało 35,02 proc. Polaków.

Spośród miast najwyższą frekwencję o g. 16.30 zanotowano w Warszawie - 37,17 proc. (przed dwoma tygodniami 37,03 proc.), a najniższą w Zabrzu - 14,05 proc. (dwa tygodnie temu - 19,72 proc.). Najwięcej wyborców głosowało w gminie Kazanów (Mazowieckie) - aż 63,72 proc.

W województwach najwyższa frekwencja była rano w Podkarpackiem (16 proc.). Najniższa - 10,4 proc. w Kujawsko-Pomorskiem.

Dr Jacek Kucharczyk, Instytut Spraw Publicznych: - Po pierwszej turze, gdy frekwencja była nieco wyższa niż w wyborach do Sejmu, uważałem, że nie ma powodów do entuzjazmu. Po prostu zmobilizował się elektorat, który chciał dać odpór PiS. Wczoraj okazało się, że w Warszawie ta mobilizacja trwa. Nie spełniły się prognozy, że kunktatorstwo PO, poparcie przez tę partię kandydatów PiS, np. w Krakowie, przy równoczesnych zapowiedziach odsunięcia PiS od władzy w Warszawie osłabią poparcie dla Platformy. Wygląda na to, że efekt przyniosły deklaracje Aleksandra Kwaśniewskiego i Marka Borowskiego, którzy zapowiedzieli, że zagłosują na Hannę Gronkiewicz-Waltz. Wyborcy lewicy zamiast zostać w domu, poszli głosować. W innych miastach tego już nie było. Ci wyborcy, których kandydaci odpadli w pierwszej turze, uznali, że nie ma kogo poprzeć, i zostali w domu.

Wybieraliśmy 828 wójtów, burmistrzów i prezydentów, do głosowania uprawnionych było ponad 14 mln 600 tys. osób.