Kto nam zaprojektuje muzeum?

Konkurs na budynek Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie teraz dopiero naprawdę się rozpoczął. Wśród biur, które chcą przystąpić do projektowania, są m.in. Zaha Hadid z Londynu, Zvi Hecker z Berlina, Snohetta z Oslo oraz czołówka polskich architektów. Poprzedni konkurs załamał się przy kompletowania uczestników

W konkursie na ten budynek rozpisanym w grudniu 2005 r., a unieważnionym w czerwcu 2006 biurokracja uniemożliwiła złożenie poprawnego wniosku ponad setce zespołów architektonicznych. Wśród odrzuconych było 17 biur z Polski i 121 ze świata! Kiedy członkowie jury złożyli w proteście rezygnację, a odrzucony architekt z Niemiec napisał oficjalny protest do polskiego rządu, Urząd Miasta Warszawy odwołał konkurs.

Dlatego teraz złagodzono kryteria. W efekcie mamy 178 biur zakwalifikowanych do konkursu: 71 z Polski , 25 mieszanych polsko-zagranicznych, a 82 z zagranicy. Do 2 lutego architekci przyślą projekty. 26 lutego dowiemy się, kto dostał główną nagrodę (160 tys. zł). Muzeum stanie najwcześniej w 2009 roku.

Kilku wielkich nie wróciło

Budynek ma stanąć na placu Defilad i być "rozpoznawalnym na świecie nowym symbolem Warszawy". Tych, którzy wezmą udział w konkursie, będzie jednak obowiązywał plan zagospodarowania przestrzennego dla kwartału ulic: Marszałkowska, Aleje Jerozolimskie, Emilii Plater i Świętokrzyska. Muzeum ma stanąć w pobliżu Marszałkowskiej, od Świętokrzyskiej ma oddzielać je park. I tu zaskoczenie: działka na park i muzeum nie wypełnia całego placu narożnego. Bliżej skrzyżowania jest mniejsza działka przeznaczona na "obiekty handlowe o minimalnej wysokości 24 m, a maksymalnej 26 m". Co to znaczy? Że budynek Muzeum zostanie z jednej strony czymś przesłonięty. Architekci muszą więc brać pod uwagę nie tylko Pałac Kultury, ale przyszłego konkurenta o nieznanej jeszcze formie.

Lista zakwalifikowanych do konkursu jest dobra. Jest legendarna Zaha Hadid, urodzona w Iraku Brytyjka, która jako jedyna kobieta na świecie zdobyła nagrodę Priztkera, czyli architektonicznego Nobla. Za pierwszym razem odpadła, bo nie zdążyła się zapisać do Krajowej Izby Architektów.

Jednak przypominając poprzednią listę odrzuconych, trzeba żałować że do nowego konkursu nie stanęli: Richard Meier, klasyk współczesnej architektury, Peter Eisenman - wielki wizjoner, autor projektów poświęconych kulturze, który poprzednio był w zespole Bulanda i Mucha Architekci (teraz startują sami). Próżno też szukać Davida Chipperfielda, architekta brytyjskiego o wielkiej renomie, czy słynnego Austriaka, współtwórcy szkoły architektonicznej w Graz - Klausa Kady. Nie zgłosili się też pod raz drugi niezwykle ciekawi i odważni eksperymentatorzy - Souto Moura z Portugalii czy Odile Decq z Francji.

To jest strata - odejście kilku wizjonerów. Zysk polega na tym, że do konkursu dostali się wszyscy ważni polscy architekci, zarówno starsi i ustabilizowani (Kuryłowicz, Budzyński, Stanisław Fiszer, Romuald Loegler), jak i młodsze pracownie (JEMS, Medousa Group, nsMoon Studio). Co jest jednak problemem polskich architektów ? To, że projektują głównie biura. Jednymi z nielicznych polskich zespołów, które projektowały przestrzeń dla sztuki, są np. Ingarden&Ewy, współautorzy z Aratą Isozakim centrum Manghha w Krakowie, którzy teraz startują z Japończykiem Kengo Kumą. Inna pracownia, która stara się projektować muzea, to nsMoon Studio. Ostatnio wygrali konkurs na Muzeum Kantora w Krakowie. W porównaniu z polskimi zagraniczni architekci są górą w budowie muzeów.

Między skrajnościami

W konkursie mamy kilka światowych pracowni dających pełen wachlarz możliwości w budowaniu nowoczesnego muzeum. Jedną skrajność w postaci fantastycznej, na granicy utopii zawieszonej bryły gwarantuje Zaha Hadid. Ostatnio jej projekty - dla centrum sztuki współczesnej w Rzymie, dla muzeów Guggenheima w Singapurze i Tokio - przekraczają granice wyobraźni. To wiszące w powietrzu albo ciągnące się po ziemi jakby fragmenty ciał czy roślin. Zasadą jest organiczność i dynamika. I oczywiście nowoczesne technologie.

Kto byłby na przeciwnym biegunie? Pewnie niemiecki zespół Kleihues + Kleihues z Berlina. Reprezentuje on styl "zimny" ,klasyczny i monumentalny. Na placu Paryskim w Berlinie po dwóch stronach Bramy Brandenburskiej postawili w latach 90. dwa budynki o geometrycznych liniach, poważne i pasujące do historycznej zabudowy. Unowocześnili też bryłę ministerstwa propagandy w Berlinie z lat 30., gdzie dziś mieści się ministerstwo pracy. Ciekawe, do czego mogłoby ich zainspirować sąsiedztwo radzieckiego totalitaryzmu? Znają się na muzeach. Przerobili na muzeum berliński dworzec Hamburger Bahnhof.

Co jest pomiędzy tymi skrajnościami? Np. Dominique Perrault, francuski architekt pierwszej klasy, też monumentalista, ale preferujący nowe technologie, autor nowych budynków Biblioteki Narodowej, zwycięzca konkursu na rozbudowę Teatru Maryjskiego w Petersburgu.

- Jeśli chodzi o zagraniczne grupy, wymieniłbym Szwajcara Christiana Kereza z Zurychu - mówi Adam Budak, krytyk architektury, kurator Kunsthaus Graz - zbudowali klasyczne, ale ciekawe Kunstmuseum w Lichtensteinie, oraz zespół Sauerbruch Hutton z Berlina, który wygrał konkurs na muzeum sztuki współczesnej w Sydney. Operują kolorem, to architektura klasyczna, ale zmysłowa. W ciekawym składzie występuje zespół Snohetta z Oslo, bo razem z islandzkim artystą Olafurem Eliassonem. Eliasson to autor przepięknych instalacji wykorzystujących szkło, światło, lustra. To obiecujące. Może to szansa na eksperyment?

Trzy możliwe drogi

Dziś w architekturze muzealnej spierają się ze sobą dwie najważniejsze koncepcje. Jedna wywodzi się od Muzeum Guggenheima w Bilbao, gdzie dominuje rzeźbiarska forma. Druga opcja pochodzi od niezrealizowanego, ale ważnego projektu Rema Koolhaasa dla Centrum Sztuki i Technologii w Karlsruhe. Miało to być muzeum o fasadzie, która jest elektronicznym ekranem. Fasadę, która jest ekranem, ma np. Kunsthaus w Graz (Peter Cook, Colin Fournier).

Jest jeszcze trzecia opcja - klasyczna bryła muzealna z tradycyjnego materiału, która mieści w sobie "white cube" - czyli przestrzeń galerii o białych ścianach, bez okien.

Wszystkie trzy opcje są do wyobrażenia w Warszawie. Co wygra? Pouczająca jest historia konkursów na filie muzeum Guggenheima. Nowojorskie prywatne muzeum od lat 90. prowadzi intensywną politykę budowania filii w USA i za granicą. Delikatną sprawą jest to, czy są realizowane. Trwająca obecnie wystawa w Kunst und Austellungshalle w Bonn poświęcona zbiorom i architekturze Guggenheima pokazuje ten problem. Ze wzniesionych budynków Guggenheima mamy słynną budowlę Franka Lloyda Wrighta w Nowym Jorku, gmach w Bilbao Franka Gehry'ego oraz kilka adaptacji. Projektów jest kilkanaście, wszystkie wystrzałowe, futurystyczne i... niezrealizowane. Po dwa z nich zaprojektowali Zaha Hadid, Jean Nouvel i Hans Hollein.

Fundacja Guggenheima w 1998 r. poprosiła Franka Gehry'ego o projekt dla nowo planowanej siedziby w Nowym Jorku. Gehry zaproponował muzeum "odlotowe"- tytanową wstęgę, która owija się wokół schowanej w środku bryły. Budowa miała być współfinansowana przez miasto. Projekt porzucono po 11 września 2001 r., ale Guggenheim nie zrezygnował z budowy nowego gmachu. Kolejny projekt w 2006 r. wykonał nowojorski architekt Richard Gluckman dla działki w niedoinwestowanej części miasta, w pobliżu rzeki Huston. Bryła jest skrajnie różna od propozycji Gehry'ego. Prostopadłościan o lekkiej konstrukcji, przezroczystych ścianach. Nawiązuje do minimalizmu i funkcjonalizmu. Powrót do początków architektury nowoczesnej? Na pewno. Także skromność, odrzucenie przepychu. Być może w tym kierunku zmierza dziś architektura muzealna.