George Bush rusza na pomoc Republikanom

Siedem dni przed wyborami do Kongresu, które mogą zakończyć dominację Republikanów w Waszyngtonie, na ratunek swej partii ruszył prezydent George Bush

Jeśli Demokraci chcą kontrolować Kongres, to w wyborach 7 listopada muszą zdobyć 15 nowych miejsc w Izbie Reprezentantów oraz sześć w Senacie.

- Gdyby wybory odbyły się dziś, Demokraci zdobyliby 25-30 nowych miejsc w Izbie i 3-4 w Senacie - uważa John Zogby, szef znanego instytutu socjologicznego Zobgy Polls. - Ale nadal 20 proc. wyborców nie wie, na kogo zagłosuje. Wszystko więc może się jeszcze zdarzyć.

Rzeczywiście, w wielu okręgach wyborczych kandydaci do Kongresu idą łeb w łeb. O wyniku może zdecydować jedna wypowiedź lub jedna wpadka kandydata w ostatnich dniach kampanii.

Spuszczony ze smyczy

Narastającą gorączkę wyborczą poczuł wreszcie prezydent Bush. W niedzielę zapowiedział, że oto rusza właśnie sprintem do mety. Złośliwi lewicowi blogerzy piszą, że "szefowie Partii Republikańskiej wreszcie spuścili Busha ze smyczy".

W tym tygodniu prezydent ma więc odwiedzić kilkanaście stanów, pomagając swym kandydatom. Bush na szlaku wyborczym, pośród przychylnych sobie tłumów, czuje się najlepiej. Od razu zrzucił garnitur i w ulubionych koszulach w niebieską kratkę, z zakasanymi rękawami, bez pardonu atakuje Demokratów.

- Przy najbliższej kolacji popatrzcie dookoła stołu, policzcie, ile macie dzieci i przemnóżcie to przez 500. O tyle dolarów więcej będziecie wysyłali do Waszyngtonu w formie podatków, jeśli Demokraci dojdą do władzy - straszył mieszkańców miasteczka Sellersburg w Indianie.

Prezydent przekonuje, że Demokraci zlikwidują ulgi podatkowe, które on wprowadził w latach 2001-03 dzięki republikańskiej większości w Kongresie. Jedna z takich ulg to właśnie zwolnienie podatkowe w wysokości 500 dol. na każde dziecko.

Zazwyczaj wysyłanie urzędującego prezydenta na wiece wyborcze kandydatów jego partii to rutyna. W dzisiejszej Ameryce to jednak oznaka desperacji. Trudno w to uwierzyć, ale do ostatniego weekendu Bush praktycznie nie brał udziału w wiecach wyborczych kandydatów Partii Republikańskiej.

Wielu kandydatów na senatorów i kongresmanów jasno dawało do zrozumienia Białemu Domowi, że poparcie ze strony prezydenta i pokazanie się z nim w mediach tylko im zaszkodzi.

Bush cieszy się dziś według sondaży poparciem 32-34 proc. Amerykanów, ale aż 50-55 proc. rodaków ocenia go bardzo negatywnie. Stąd wielu republikańskich kandydatów przed wyborami unika jakichkolwiek związków z niepopularną głową państwa.

Kandydaci liczą jednak na jedną umiejętność Busha - prezydent nadal jest niezrównany w zbieraniu pieniędzy na kampanię wyborczą. Spotkania ze sponsorami, kolacje, gdzie za miejsce przy stole płaci się po kilkanaście tysięcy dolarów, są zamknięte dla publiczności i prasy, więc obecność prezydenta przynosi tam same korzyści. W tym sezonie wyborczym Bush pomógł zebrać Partii Republikańskiej 193 mln dol.

Republikanie chętnie więc wykorzystywali Busha do zarabiania pieniędzy, jednocześnie odcinając się od jego polityki.

Broń masowego rażenia

Jednak to publiczne unikanie prezydenta na niewiele się zdało. Demokraci po mistrzowsku wykorzystują niepopularność Busha i wojny w Iraku. Niemal w każdym stanie, w każdym lokalnym okręgu wyborczym przedstawiają kandydata Republikanów jako "najgorętszego zwolennika George'a Busha".

W archiwach zawsze znajdzie się jakieś stare zdjęcie czy nagranie kandydata z prezydentem i jego słowa: "Popieram George'a Busha!" - najczęściej z kampanii prezydenckiej 2004 roku. W dzisiejszej sytuacji politycznej takie obrazy mają moc politycznej broni masowego rażenia. I faktyczny stopień poparcia dla prezydenta (są republikanie, którzy nie popierają wojny w Iraku) nie ma żadnego znaczenia.

- Te wybory coraz bardziej zmieniają się w referendum na temat George'a Busha oraz jego polityki zagranicznej i wewnętrznej - mówi Charles Schumer, demokratyczny senator z Nowego Jorku.

- Nazwiska Busha nie ma na kartach wyborczych, ale są nazwiska ludzi, którzy go wspierają, tak samo jak wspierają Rumsfelda i Cheneya - dodaje inny kongresman z Nowego Jorku Charles Rangel.

Sekretarz obrony i wiceprezydent, choć wydaje się to niemożliwe, są dziś w Ameryce jeszcze mniej popularni niż George Bush.

W tej sytuacji, gdy do wyborów pozostało kilka dni, a sondaże są dla Republikanów nieubłagane i uciekanie przed Bushem na niewiele się zdało, nadszedł czas na zmianę taktyki. Stratedzy wyborczy Republikanów doszli do wniosku, że na niewiele zdadzą się już umizgi do wyborców centrowych głosujących raz na jedną partię, raz na drugą. Oni w tym sezonie wyborczym, pełnym fatalnych wieści z Iraku, są dla Republikanów straceni.

Na co liczą Republikanie

Ostatnią deską ratunku jest dla Republikanów zwrócenie się do najbardziej konserwatywnych wyborców, mocno religijnych, tak samo jak wszyscy rozczarowanych sytuacją w Iraku. Sondaże pokazują, że miliony tych ludzi nigdy nie zdecydują się głosować na Demokratów (bo ci np. popierają prawo do usuwania ciąży), a zniechęceni Republikanami w ogóle nie chcą w tym roku brać udziału wyborach.

Ludzie ci głosowali na Busha w 2000 i 2004 roku i to do nich jest skierowana najnowsza ofensywa Białego Domu.

Znamienne są miejsca, gdzie wysłano Busha. Indiana w weekend, Georgia i Teksas w poniedziałek. To wszystko stany solidnie czerwone, czyli takie, które w ostatnich wyborach głosowały twardo na Republikanów. Jeśli jednak nawet w takich rejonach kraju Republikanie mają problemy, to co powiedzieć o miejscach takich jak Ohio, Missouri, Pensylwania, gdzie ich pozycja nigdy nie była dominująca?

By zmobilizować chrześcijańską prawicę, przywódcy tego ruchu grzmią z kościelnych ambon i na falach radia ostrzegają, że z opanowanym przez Demokratów Kongresem Ameryka straci szansę np. na zdelegalizowanie aborcji lub zablokowanie praw małżeńskich dla par homoseksualnych.

Republikańscy aktywiści byli wniebowzięci, a demokratyczni wściekli, gdy w ubiegłym tygodniu sąd w New Jersey uznał, że małżeństwa homoseksualne powinny być zalegalizowane. Obie strony wiedzą, że strach przed przychylnymi gejom sądami może być o wiele potężniejszą motywacją dla zniechęconych do polityki ewangelicznych chrześcijan niż widok prezydenta Busha z podwiniętymi rękawami.