Poznań: Pacjenci uciekają ze szpitala

Przepustki? Coś takiego nie istnieje - twierdzi NFZ. Lekarze przyznają: przepisy funduszu są bez sensu, ale trzeba je stosować. A pacjenci? Albo zaciskają zęby, albo uciekają ze szpitala.

Wiadomo, że w weekendy - poza oddziałami, na których leżą pacjenci w ciężkim stanie - w szpitalach nic się dzieje. Często trudno w nich spotkać nawet lekarza dyżurnego. Ale o wyjściu ze szpitala na przepustkę nie ma mowy.

Mąż pani Marii od dwóch tygodni leży na oddziale rehabilitacyjnym szpitala przy ul. 28 Czerwca 1956 r. - Rehabilitacja kończy się w piątek koło południa. I aż do poniedziałku żadnych zajęć nie ma. Mąż chciał wyjść na przepustkę, ale w szpitalu nawet nie chcieli o tym słyszeć. Tłumaczyli to odpowiedzialnością za pacjenta i przepisami NFZ. Ale przecież wiadomo, że akurat na tym oddziale pacjentom nic nie grozi - przekonuje pani Maria. - Człowiek, który leży z mężem w pokoju, jest w szpitalu już od sześciu tygodni. Twierdzi, że czuje się, jak na oddziale zamkniętym, nawet nie wolno mu wyjść do sklepu. A przecież, gdyby szpital pozwolił pacjentom iść na weekend do domu, tylko by na tym zyskał.

Wicedyrektor szpitala przy ul. 28 Czerwca 1956 r. Witold Bieleński przyznaje, że pacjenci wypuszczani są ze szpitala tylko w wyjątkowych sytuacjach. Dlaczego? - Bo fundusz płaci za rehabilitację pacjenta, który spędzi w szpitalu co najmniej trzy tygodnie. Jeśli ktoś wychodzi na przepustkę, to te dni trzeba odliczyć i przedłużyć pobyt w szpitalu - tłumaczy Bieleński. - Tracił na tym i szpital, i kolejni pacjenci, którzy z tego powodu dłużej czekają w kolejce na oddział. Dlatego przepustki musimy ograniczać do minimum.

O podobnych absurdach mówi pan Roman, który był pacjentem Szpitala Rehabilitacyjnego w Kiekrzu należącego do poznańskiego Szpitala Wojewódzkiego. - Ale radziliśmy sobie tak: przebieraliśmy się w "cywilki" i szliśmy po prostu na lewiznę. Pilnowaliśmy tylko, żeby nie wychodzić równocześnie. Zawsze ten, który zostawał, mówił, że kolega jest w parku - śmieje się pan Roman.

Narzekania pacjentów rozumie dyrektor Szpitala Wojewódzkiego Jacek Łukomski. - To prawda, że przepisy funduszu są nieżyciowe, ale co robić? NFZ przepustek po prostu nie uznaje, więc i u nas ich nie ma, ani w Kiekrzu, ani na Lutyckiej, nawet jeśli zdarzy się np. długi weekend i w szpitalu nic się nie dzieje - przyznaje Łukomski.

Do domu na weekend nie mogą wyjść też pacjenci szpitala przy ul. Szwajcarskiej.

NFZ potwierdza: przepustki nie istnieją. - Jeśli ktoś jest pacjentem szpitala, to znaczy, że wymaga całodobowej opieki medycznej. A jeśli takiej opieki nie wymaga, nie powinien być w szpitalu - tłumaczy rzecznik WO NFZ Bernadeta Ignasiak. - Od kilku lat w przepisach dotyczących działalności szpitali pojęcie przepustki nie istnieje.

Ale nie ma reguły bez wyjątku: pani Monika twierdzi, że była urlopowana z Wielkopolskiego Centrum Onkologii. - Miałam wyjść do domu w sobotę, ale nie było lekarza, który miał podpisać wypis. Więc dostałam przepustkę i po wypis wróciłam w poniedziałek. - To prawda, że przepustki się u nas zdarzają, ale za ten okres nie bierzemy pieniędzy od NFZ - potwierdza Julian Malicki, dyrektor szpitala. - Często na oddziały trafiają pacjenci, którzy wcale nie wymagają leczenia szpitalnego. Powód jest tylko jeden - względy społeczne: w rozwiniętych krajach ci ludzie mogliby dojeżdżać na leczenie, a u nas po prostu ich na to nie stać.