Po co tyle designu?

Mamy nadprodukcję designu. Rynek tego nie wytrzymuje, konsumenci mają dość. Trzeba będzie zrobić wielką wyprzedaż - mówią zachodni specjaliści.

W sklepie londyńskiego Design Museum kupiłam niedawno miskę i szczotkę projektu Ole Jensena. Miękka miska z zielonego plastiku wygląda jak papierowa torba. Tak zwany przedmiot do rozmowy, bo wszyscy pytają, co to właściwie jest. A to jeden z tych najzwyczajniejszych sprzętów użytkowych, które zostały pożarte przez design.

Lampy, kanapy, czajniki, tapety, fotele, śmietniczki, popielniczki, mydelniczki i suszarki do naczyń. Podpisane sławnym nazwiskiem, z mądrym opisem materiału, z instrukcją obsługi. Co roku tysiące wystawców przywożą do Mediolanu takie rzeczy. Oczywiście targi zawsze były i są okazją, żeby pochwalić się osiągnięciami, wypromować nowe talenty, ale czy potrzeba tego aż tyle? Czy co sezon będziemy z kanapy zdzierać obicie, bo zobaczyliśmy w piśmie wnętrzarskim, że jest już niemodne?

Design pędzi tak szybko, jest go tak dużo, że gubią się w nim nawet fachowcy. Projektanci mody usiłują przeszczepić do designu swój szybki, półroczny rytm. Kto tylko zdobył nazwisko na wybiegach, zaraz je dyskontuje w liniach "home". Mają je: Versace, Kenzo, Calvin Klein, Giorgio Armani, Donna Karan, Christian Lacroix. W systemie produkcji przedmiotów działa marketing gwiazd, ten sam mechanizm, który pcha do przodu modę. Philip Starck stał się kimś takim jak dawniej Pierre Cardin - do czego przyklei metkę, to się sprzeda.

W powodzi wypuszczanych co rok produktów jakość często ustępuje krzykliwej formie. Wszystko obliczone jest na to, żeby trwać krótko: kup, popatrz i wyrzuć. W języku marketingu nazywa się to "planned obsolescence".

- Już w latach 30. powstała koncepcja czasu zużycia - mówi historyk designu Józef Mrozek z ASP w Warszawie. - Produkt nie powinien być zbyt trwały, bo tempo starzenia się technologicznego jest zbyt szybkie. Nie opłaca się inwestować w produkcje i materiały, które zaraz będą przestarzałe. A przecież jest jeszcze projekt, który kosztuje.

Dzisiaj przedmioty sprzed dwóch lat są już starociami, podczas gdy wiele projektów sprzed kilkudziesięciu lat trwa do dziś w dobrej kondycji. Nie przeminęło krzesło "motylkowe" Jacobsena z 1955 r., toster Rowenty z lat 60., uchylna lampa George'a Cavardine'a z lat 70. Długopisu Bic z lat 50 używamy do dziś w niezmienionej formie.

Dobry przedmiot powinien dobrze się starzeć. A co powiedzieć o ładnej lampie z papierowych kwiatków Torda Boontje zaprojektowanej dla Artetecniki i wyprodukowanej w Habitacie? To przedmiot efektowny, ale obliczony na dwa, trzy lata. Potem staje się śmieciem.

- To, że produkty rozpadają się po trzech latach, jest świadomą polityką producentów - mówi Michał Stefanowski, prezes Stowarzyszenia Projektantów Form Przemysłowych. - Naprawa sprzętu ma być droższa niż kupno nowego. Producenci tłumaczą, że muszą zapewnić miejsca pracy, ale chodzi przecież o zysk.

- Konsumenci mają dość - twierdzi Jay Osgerby, projektant w dużej firmie produkującej meble i wyposażenie wnętrz Barber Osgerby, z którym rozmawiałam niedawno w Londynie. - Według mnie 95 proc. tego, co się dziś sprzedaje, to absolutny chłam. Nie mam pojęcia, kto to kupuje.