Drogowe przyspieszenie = droższe drogi

Przyspieszenie budowy dróg w Polsce wymaga od firm budowlanych wielu miliardów złotych inwestycji w nowy sprzęt i technologie. Nie uda się, jeśli te firmy nie zaczną zarabiać więcej niż dotąd - uprzedzają drogowcy

W najbliższych latach dzięki pieniądzom z UE polskie drogi zamienią się w teren gigantycznej budowy. Budowa dróg to jeden z priorytetów rządu. Wojciech Malusi, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa (OIGD), szacuje, że w latach 2007-13 można by na wszystkie drogi publiczne (zarządzane przez państwo i samorządy) przeznaczyć nawet 175 mld zł. Przy bardziej realistycznym, ale także optymistycznym rachunku, który zakłada wykorzystanie trzech czwartych możliwych funduszy, Malusi szacuje wydatki na drogi na 131,5 mld zł. To i tak gigantyczna kwota. W tym scenariuszu wydatki na drogi wzrosłyby z 9,2 mld zł w tym roku do 25 mld zł w 2013 r.

Ale Malusi ostrzega: ten ambitny program okaże się mrzonką, jeśli firmy budowlane nie zaczną inwestować w nowy sprzęt i technologie. Na podstawie raportu przygotowanego przez firmę konsultingową Arcata Partners szef OIGD szacuje, że na wymianę zużytego sprzętu i rozbudowę parków maszyn do 2013 r. drogowcy potrzebują 12 mld zł. Tymczasem w latach 1998-2004 drogowcy zainwestowali w swój majątek trwały łącznie 2 mld zł. Teraz taką kwotę powinni wydawać co roku.

Na inwestycje potrzeba pieniędzy, a z nimi w drogownictwie było krucho. Wojny cenowe między wykonawcami i wynikające z nich akceptowanie zaniżonych kosztorysów gwałtownie zmniejszyły rentowność firm budujących drogi. Do 2004 r. wynosiła ona 4 proc. Potem zaczęła rosnąć i w 2007 r. wyniesie ok. 7,6 proc. Szef OIGD ocenia, że to ciągle za mało. Jego zdaniem, żeby firmy zarobiły pieniądze na zakupy sprzętu do przyspieszonej rozbudowy dróg już od przyszłego roku, ich średnia rentowność powinna wzrosnąć do 11 proc.

- To prawda, że firmy budowlane muszą inwestować znacznie więcej niż dotąd, aby wykonać program rozbudowy dróg - przyznaje Zbigniew Kotlarek, szef Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Ale jego zdaniem już od roku firmy budujące drogi zaczęły zarabiać lepiej i jest dyskusyjne, czy ich rentowność powinna wynosić 11 proc. Szef GDDKiA obawia się nawet, że część firm będzie chciała wykorzystać determinację władz do budowy dróg i wystawiać wysokie rachunki. - Minął czas oferowania bardzo niskich cen przez wykonawców startujących w przetargach. To umożliwi rozwój rynku, bo nie będzie dochodzić do wykańczania podwykonawców niskimi cenami. Obawiamy się jednak, czy wykonawcy nie będą teraz chcieli odbić sobie wysokimi cenami tanich ofert z przeszłości. Już teraz w przetargu na budowę jednej z autostrad trzy z czterech firm proponowało ceny 30-40 proc. wyższe niż koszty wyliczone przez nas - stwierdził Kotlarek.