Google połknął YouTube

YouTube, serwis z filmami wideo, który powstał w garażu nieco ponad rok temu, został właśnie przejęty przez Google za 1,65 mld dolarów!

Google połknął YouTube

YouTube, serwis z filmami wideo, który powstał w garażu nieco ponad rok temu, został przejęty przez Google za 1,65 mld dolarów!

Założyciele YouTube - dwaj dwudziestoparolatkowie Chad Hurley i Steve Chen - jeszcze niedawno zarzekali się, że ich serwis nie jest na sprzedaż. Zmiękli, gdy internetowy gigant zaproponował za YouTube astronomiczną kwotę 1,65 mld dol. w akcjach. Wczoraj Chad i Steve nagrali i umieścili w swoim serwisie amatorskie nagranie, w którym - wyraźnie szczęśliwi - informują o transakcji.

Mimo przejęcia YouTube ma zachować swoją markę i niezależność. Spółka nadal będzie działać z tym samym personelem (dziś zatrudnia 67 osób), w tym samym biurze w kalifornijskim miasteczku San Bruno. Tym samym Google, który sam uruchomił już na początku 2005 r. własny serwis Google Video, uznał wyższość konkurentów. Google ma zaledwie 11 proc. udziału w rynku serwisów z plikami wideo w USA, YouTube - 46 proc. Zamiast prowadzić kosztowną walkę Google postanowił rywali po prostu kupić.

Powtórka z internetowej rozrywki?

Czy jednak YouTube rzeczywiście wart jest tak ogromnych pieniędzy? Dyskusja na ten temat trwała w branży od miesięcy. Analitycy przestrzegali przed nadmiernym optymizmem, przypominając, że wiele spośród materiałów w serwisach wideo to treści chronione prawami autorskimi (np. fragmenty koncertów czy programów telewizyjnych). A to może sprowadzić na YouTube i jego naśladowców plagę pozwów sądowych. - Takie spółki łamią prawa autorskie i są nam winne dziesiątki milionów dolarów - pomstował niedawno Doug Morris, szef Universal Music. Wygląda jednak na to, że wideo w sieci się cywilizuje. I YouTube, i Google poinformowały w poniedziałek o podpisaniu umów z wytwórniami muzycznymi: Universal Music Group, Sony BMG, Warner oraz stacją telewizyjną CBS.

Sceptycy ostrzegają jednak już od pewnego czasu przed narastającą drugą internetową bańką inwestycyjną, przywołując pamiętny boom spółek technologicznych w latach 1999-2000. Przejęcie za ponad półtora miliardów dolarów firmy, która niemal nie ma przychodów, rzeczywiście może do złudzenia przypominać czasy świetności wielu dotcomów sprzed pół dekady. Świetności, po której nastąpił brutalny krach.

A zaczęło się od kota

YouTube to istniejąca od zaledwie 19 miesięcy garażowa spółka, która przygodę z internetem zaczęła od umieszczenia w sieci filmików z kotem jednego z założycieli w roli głównej. Wyrósł z tego serwis-mekka dla internautów szukających rozrywki poza telewizją i głównymi portalami. Niemal z dnia na dzień YouTube stał się kopalnią amatorskich filmów parodiujących polityków, najciekawszych fragmentów programów telewizyjnych, teledysków, obrazków z zabawnymi wpadkami sportowców, reklam czy relacji z rodzinnych imprez.

Internauci kupili zarówno pomysł, jak i serwis. Z danych firmy Comscore wynika, że przeciętny internauta, który ogląda pliki wideo, poświęca na to miesięcznie 100 min. - o kwadrans więcej niż jeszcze pół roku temu. Według badań Comscore w sierpniu na serwis YouTube zajrzało ponad 72 mln internautów (rok temu było ich 2,8 mln), co dzień przybywa tam 65 tys. nowych filmików. Serwis awansował do pierwszej ligi internetu, choć przez długi czas nie miał żadnych przychodów (dopiero kilka miesięcy temu zaczął sprzedawać reklamy na swojej stronie, a i tak jest ich na razie jak na lekarstwo). Mógł się rozwijać m.in. dzięki temu, że w firmę zainwestował 11,5 mln dol. słynny fundusz venture capital Sequoia (który według nieoficjalnych informacji zarobi na transakcji z Google prawie pół mld dol.).

Przejęcie YouTube to największa taka transakcja w ośmioletniej historii Google - spółki, która również wyrosła z garażu i w oparciu o stworzoną wyszukiwarkę internetową zbudowała prawdziwą potęgę, rozdającą dziś karty w e-biznesie i wartą na giełdzie Nasdaq blisko 100 mld dol. Gigant za YouTube zapłacił prawie tyle, ile za wszystkie dotychczasowe przejęcia (a wcześniej kupił m.in. serwis zdjęciowy Picasa, spółkę Keyhole zajmującą się satelitarnymi mapami cyfrowymi czy serwis blogowy Blogger). I jak zapowiada szef Google Eric Schmidt, zamierza dalej inwestować w branży internetowych plików wideo.

Armia wideoklonów

Sukces YouTube działa na wyobraźnię i naśladowców nie brakuje - na świecie doliczono się już ponad 300 serwisów z plikami wideo, a prawdopodobnie jest ich znacznie więcej. Niektóre z nich, jak np. Revver czy Eefoof.com, dzielą się przychodami z reklam nawet z twórcami filmików. Ale powtórzenie sukcesu YouTube nie udało się nawet samemu Google. Dlatego według nieoficjalnych informacji w ciągu ostatnich miesięcy o przejęcie YouTube starały się m.in. Yahoo, koncern medialny News Corp. i Microsoft, który w końcu uruchomił własny serwis Soapbox.

W Polsce podobnych serwisów jest kilka - np. maxior.pl czy smog.pl. Nie mają one jednak własnych serwerów, tylko pobierają filmiki np. z YouTube, Metacafe czy Google Video.

Bliższy YouTube jest uruchomiony w sierpniu br. przez spółkę o2 serwis Wrzuta.pl. Ale w roli polskiego odpowiednika YouTube zwykle wymienia się założony przez trzech studentów z Politechniki Wrocławskiej serwis Patrz.pl. Wystartował w końcu ub.r., dziś przyciąga ok. 800 tys. użytkowników miesięcznie. W jego zbiorach jest kilkadziesiąt tysięcy plików, dziennie dochodzi kilkaset nowych. Jak dowiedziała się "Gazeta", toczą się rozmowy z inwestorem o przejęciu części udziałów w Patrz.pl. W grę podobno wchodzi kwota miliona zł. Jeszcze kilka miesięcy temu założyciele serwisu twierdzili - podobnie jak YouTube - że nie interesuje ich zastrzyk gotówki od inwestora (Patrz.pl w 100 proc. utrzymuje się z reklam).

Michał Sadowski, jeden ze współzałożycieli serwisu, nie chciał skomentować wczoraj naszych informacji. - Rozmowy są już w zaawansowanej fazie - mówi jednak nasze źródło.