Grunty rolne tylko dla rolników?

W Ministerstwie Rolnictwa myślą, jak ukrócić spekulację gruntami rolnymi. Ale czy na pewno chcą tego rolnicy?

"To ostatni moment dla mieszkańców miast na zakup gruntów rolnych" - zaalarmowało w czwartek "Życie Warszawy". Według tego dziennika już w przyszłym roku resort rolnictwa chciałby wprowadzić ograniczenia w obrocie ziemią. Jakie? Aby kupić ziemię, trzeba będzie być zameldowanym na wsi od trzech, a może pięciu lat. Jeśli ktoś kupi od Agencji Nieruchomości Rolnych (ANR) ziemię i w ciągu pięciu lat zmieni jej status (np. na działkę budowlaną), a następnie sprzeda, to będzie musiał oddać państwu cały swój zarobek. Ponadto w przetargach ANR będą mogli brać udział wyłącznie rolnicy chcący powiększyć swoje gospodarstwa. Jednak i ci nie będą mogli kupić ziemi więcej niż dwukrotność średniej wielkości gospodarstwa w województwie. - Chcemy ukrócić spekulacje ziemią - wyjaśnił "Życiu" związany z PiS wiceminister rolnictwa Henryk Kowalczyk.

Jednak jak się okazuje, nie powstał jeszcze żaden projekt ustawy w tej sprawie. - Propozycje nie były nawet dyskutowane na posiedzeniach kierownictwa resortu ani nie trafiły do tzw. uzgodnień międzyresortowych - powiedziała nam rzeczniczka resortu Małgorzata Księżyk. Od innego urzędnika usłyszeliśmy, że trwa tam na razie dyskusja, jak ograniczyć zjawiska patologii na rynku nieruchomości rolnych. - Pojawiają się różne pomysły. Jednak w żadnym razie nie chcemy pozbawiać mieszczuchów możliwości zakupu ziemi. To byłby absurd - zapewnia nasz rozmówca.

Przed trzema laty nie było żadnych ograniczeń - każdy, niezależnie od posiadanego wykształcenia czy miejsca zamieszkania, mógł nabyć dowolną ilość hektarów i nie musiał jej nawet potem uprawiać. Jednak PSL przeforsowało ustawę o kształtowaniu ustroju rolnego mającą chronić grunty rolne przed spekulacyjnym wykupem i maksymalnie zabezpieczy je dla rolników. Obecnie, żeby nabyć gospodarstwo, trzeba mieć kwalifikacje rolnicze (za takowe uważa się również średnie i wyższe wykształcenie) lub praktykę w zawodzie oraz zamieszkać na terenie gospodarstwa. Oczywiście także ten, kto nie spełnia tych warunków, może próbować kupić ziemię. Jednak wtedy transakcję może pokrzyżować ANR, której przysługuje w tym wypadku prawo pierwokupu. Prawnicy znaleźli już jednak sposób, jak tego uniknąć. Rolnik zawiera ze swoim kontrahentem trzyletnią umowę dzierżawy z roczną datą wsteczną. W tym przypadku - powiedział nam jeden z rolników - to dzierżawcy przysługuje prawo pierwokupu przed agencją.

Ta interweniuje jednak tylko wówczas, gdy na kupno ziemi w danym rejonie ostrzy sobie zęby wielu rolników indywidualnych chcących powiększyć swoje gospodarstwo. Dowiedzieliśmy się, że od początku obowiązywania ustawy do końca 2005 r. do agencji wpłynęło ponad 192 tys. umów przenoszących własność nieruchomości rolnych (łącznie ok. 293 tys. ha). Ta w 200 przypadkach skorzystała z prawa pierwokupu. Dzięki temu przejęła łącznie ok. 6 tys. ha ziemi, którą następnie sprzedaje lub wydzierżawia rolnikom w trybie przetargu.

Specjalizujący się w pośrednictwie sprzedaży gruntów rolnych w okolicach Warszawy Adam Bronisz uważa, że ograniczanie mieszkańcom miast możliwości zakupu ziemi uderzyłoby w rolników, którzy ledwie wiążą koniec z końcem. - Tegoroczna susza bardzo mocno dała się im we znaki. Wielu wręcz przeklina swój los. By przeżyć i zapewnić wykształcenie dzieciom, rolnicy wyprzedają ziemię. Nie kupią jej jednak sąsiedzi, bo ci też nie mają za co. Nadzieja w mieszczuchach, którzy oszczędności inwestują właśnie w ziemię - mówi Bronisz. - Forsowanie na siłę rolnictwa nie ma sensu. Szansą dla rodzin żyjących na wsi jest urbanizacja tych terenów oraz rozwój usług.