Koniec ery Milo w Czarnogórze

Milo Dziukanović, nieprzerwanie rządzący Czarnogórą od 15 lat, niespodziewanie ogłosił, że jest zmęczony i nie chce być już premierem

We wrześniu socjaldemokratyczna partia Dziukanovicia, która trzy miesiące wcześniej poprowadziła Czarnogórców do zerwania unii z Serbią, zdobyła większość mandatów w parlamencie. Wydawało się, że premierem pozostanie 44-letni Dziukanović, który we współczesnej Europie pobił już wszelkie rekordy utrzymywania się przy władzy.

Zaczynał jako protegowany serbskiego nacjonalisty Slobodana Miloszevicia, by przeistoczyć się w ojca niepodległej Czarnogóry. Po drodze oskarżano go o tolerowanie przemytu, a nawet o udział w nim (sprawę bada włoska prokuratura).

Wczoraj premier niespodziewanie oświadczył, że "jest troszkę zmęczony pracą". - Wykonałem główne zadania, które sobie wyznaczyłem: niepodległość i stabilny rozwój kraju - mówił.

Zastąpi go minister sprawiedliwości Zeljko Sturanović, jeden z najbardziej zaufanych ludzi premiera. Dziukanović zachowa funkcję przywódcy partii.

Opozycja uważa, że rezygnacja premiera jest jego kolejną sztuczką. - Nawet jeśli wyemigruje na Alaskę i tak będzie numerem jeden - szydzi ludowiec Dobrilo Dedeic.

W przeszłości Dziukanović odszedł na kilka lat ze stanowiska premiera, zajmując fotel prezydenta, który w Czarnogórze ma funkcje głównie ceremonialne. Wtedy jednak zgodnie ze słowami Dedeicia nadal zachował realną władzę. Niektórzy komentatorzy twierdzą, że Dziukanović pójdzie na dwuletni urlop, z którego wróci jako kandydat na prezydenta w 2008 r.