SB go zarejestrowała, choć odmówił współpracy

Ponieważ zachowały się dokumenty SB dotyczące ks. Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela, ten znany lubelski duchowny oczyścił się z zarzutu współpracy. Mimo że dwukrotnie był zarejestrowany jako TW.

Dokumenty dotyczące księdza w IPN odnalazł zespół powołany przez metropolitę lubelskiego abp. Józefa Życińskiego, który bada inwigilację KUL i duchownych archidiecezji lubelskiej przez UB i SB. Wczoraj na spotkaniu zorganizowanym przez metropolitę lubelskiego, w obecności dziennikarzy ks. Weksler-Waszkinel odniósł się do esbeckich dokumentów na swój temat.

Duchowny wykłada na Wydziale Filozofii KUL. Bezpieka zainteresowała się nim w pierwszej połowie lat 70., gdy skończył filozofię i w nagrodę za znakomite wyniki w nauce dostał stypendium rektora KUL w Paryżu. Podczas starań o paszport był wielokrotnie wzywany na rozmowy. W dokumentacji oficerowie określali go jako "postępowego księdza". Jako tajnego współpracownika SB - bez jego wiedzy - zarejestrowała go dwukrotnie: w 1971 r. ("Filozof"), a potem w 1981 r. ("Roman"). W aktach nie ma żadnego dokumentu spisanego jego ręką, nie ma również deklaracji współpracy ani informacji, aby otrzymywał za nią wynagrodzenie pieniężne. Raporty esbecy spisywali z jego słów. Pełne są ogólników. Oficerowie pytali go, co się dzieje na KUL czy o nastroje wśród studentów. Weksler-Waszkiniel odmawiał odpowiedzi na konkretne pytania - np. o personalia. Esbecy odnotowali w raportach po rozmowach z nim, że "negatywnie wypowiedział się o "Opowieściach biblijnych" Zenona Kosidowskiego", że "celibat ma złe i dobre strony", albo "pozyskali" informację iż w "Instytucie Katolickim w Paryżu wykładana jest cybernetyka poprzez filozofię, socjologię do teologii i że studiują tam Amerykanie, Hindusi, a nawet spotkać można Murzynów". - To, że ta teczka się odnalazła, w moim odczuciu jest szczęściem swoistym dla człowieka, który dzisiaj mógłby zostać uznany za podwójnego agenta - podkreślał prof. Janusz Wrona, historyk z UMCS, który kieruje pracami komisji powołanej przez metropolitę. - Dzięki temu, że są te materiały, ta ocena może wyglądać zupełnie inaczej. Według mnie to jest ocena człowieka, który jak większość księży na KUL poddany został bardzo brutalnemu naciskowi. Ta teczka jest też dokumentem pewnej niefrasobliwości ze strony księdza. Ale musimy mieć świadomość, że wiedza ludzi, którzy spotykali się ze Służbą Bezpieczeństwa, była wiedzą zupełnie inną niż nasza wynikająca z tego, że znamy mechanizmy i metody SB.

- Pan profesor użył słowa niefrasobliwość w stosunku do mnie. I to jest trafne określenie. Dla mnie jednak najważniejszym kontekstem był kontekst wiary w tym wszystkim. Chcę przypomnieć "Miłujcie nieprzyjacioły wasze, i dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą". Wiedziałem, że to nie jest mój przyjaciel. Wiedziałem, po co on do mnie przychodzi. Ale jednocześnie chciałem mu pokazać, że ja nie jestem jego wrogiem - opowiadał o swoich rozmowach z oficerami bezpieki lubelski duchowny.

Abp Józef Życiński zwracał uwagę na niekonsekwencje esbeckich raportów i występujące w nich sprzeczności. Podkreślał: - Nasza dotychczasowa praktyka wskazuje na to, że nadanie komuś tytułu TW nie świadczy, że napisał cokolwiek, podjął jakiekolwiek zobowiązanie, wiedział o nadaniu mu pseudonimu lub że jest zarejestrowany. To w istotny sposób rzutuje na kształt polskiej lustracji, bo nie jest to przykład jedyny.

Marek Benczyński, jeden z oficerów SB który "prowadził" lubelskiego księdza, do czerwca tego roku pracował w MSWiA. Komisja powołana przez abp. Życińskiego podczas swojej pracy ustaliła że w 95 proc. teczki esbeckie dotyczące duchownych KUL zarejestrowanych jako TW zostały zniszczone.