Rosja dusi pozarządowców

Biurokratyczne przeszkody piętrzone przez Rosjan mogą doprowadzić do delegalizacji wielu międzynarodowych organizacji pozarządowych (NGO) działających w Rosji

Wymóg ponownej rejestracji międzynarodowych NGO w Rosji to efekt nowej ustawy o organizacjach pozarządowych, którą na początku roku przeforsował Kreml. Choć m.in. wskutek protestów Unii Europejskiej, Kongresu USA oraz Rady Europy prezydent Władimir Putin zainicjował kilka poprawek łagodzących pierwotny, bardzo represyjny projekt, to zdaniem rosyjskich obrońców praw obywatelskich także zmodyfikowana ustawa skazuje NGO na łaskę i niełaskę wiernych Kremlowi urzędników.

Międzynarodowe NGO, które były wielokrotnie oskarżane przez władze o wysługiwanie się zachodnim mocodawcom oraz uprawianie polityki za zagraniczne pieniądze, muszą do połowy października spełnić wszystkie procedury rejestracyjne. Statystyki są jednak zatrważające - dotychczas Rosyjska Służba Rejestracyjna zaakceptowała wnioski zaledwie 20 organizacji, a 40 innych odrzuciła jako niekompletne.

- Mogą się spełnić najczarniejsze przepowiednie. Nasze prawo niby nie odstaje radykalnie od norm europejskich, ale w rękach rosyjskich urzędników obraca się przeciw NGO - mówi społeczniczka Waleria Jabłokowa.

Kłopoty ze spełnieniem wymogów mają nawet potężne organizacje, które stać na wynajęcie profesjonalnych tłumaczy i prawników. - W Londynie nad naszym wnioskiem rejestracyjnym pracuje cały sztab ludzi. Rosjanie chcą tłumaczeń wszystkich ustaw normujących naszą pracę w Wlk. Brytanii. To setki stron - narzeka pracownik moskiewskiej filii Human Rights Watch.

Jedna z brytyjskich organizacji na żądanie Rosjan poszukuje adresów domowych swych założycieli z XVII w., a niemiecka Fundacja Heinricha Bolla musi naprędce zwoływać posiedzenie swej rady, aby wnieść poprawki do statutu mówiące o działaniu jej filii w Rosji, zarejestrować je w niemieckim sądzie i przetłumaczyć na rosyjski.

Wiele miedzynarodowych organizacji pozarządowych znalazło się na muszce Kremla po pomarańczowej rewolucji na Ukrainie, która - jak głosi wielu prokremlowskich politologów - była intrygą przygotowaną i sfinansowaną przez Zachód m.in. za pośrednictwem organizacji pozarządowych. Po Dumie od kilku dni krąży ekspertyza strasząca deputowanych, że USA rozpoczynają realizację "pomarańczowego scenariusza w Moskwie".

Zdaniem autorów tego raportu Waszyngton chce izolować władze Rosji na arenie międzynarodowej, podkopać podstawy rosyjskiego mocarstwa energetycznego oraz podczas wyborów prezydenckich z 2008 r. doprowadzić do przejęcia władzy przez swojego człowieka. Przyszli "rewolucjoniści" mają wywodzić się z prozachodnich środowisk, które dzięki zachodnim finansom będą próbowały skonstruować i wprowadzić na Kreml antyputinowską koalicję polityczną.

Zdaniem wielu rosyjskich deputowanych "piątą kolumną Zachodu" są właśnie organizacje pozarządowe, które zdołały do dziś zachować niezależność od władz.

O ile największe międzynarodowe organizacje mają niemałe szanse na zwycięstwo w wyścigu z rosyjską biurokracją, to poważnie zagrożony jest los małych grup, nierzadko utrzymujących na rosyjskiej prowincji kilkuosobowe biura. To one często są krytykowane przez władze lokalne za "nielegalną działalność polityczną", która nierzadko polega na szkoleniu dziennikarzy, obserwatorów wyborczych, relacjonowaniu przypadków łamania wolności słowa lub - zwłaszcza na Kaukazie Płn. - bronieniu praw człowieka.