USA: Wybory ''zmiotą'' Republikanów?

Ponad trzy czwarte wyborców w USA deklaruje niezadowolenie z sytuacji w kraju. Czy zmiecie to rządzących w Kongresie Republikanów?

W tym tygodniu, po poniedziałkowym Święcie Pracy i setkach pikników wyborczych w całym kraju, ruszyła oficjalnie kampania przed listopadowymi wyborami do obu izb Kongresu USA. Według opublikowanego wczoraj sondażu CNN 76 proc. wyborców dostrzega powody, by być złym na to, co się dzieje w kraju. Jest ich o 17 pkt. proc. więcej niż w lutym.

- Jeśli nic wielkiego się nie zdarzy, te wybory dla Republikanów zmienią się w horror - komentuje w dzienniku "Chicago Tribune" Charles Cook, przygotowujący ceniony "Cook Report", analizę sytuacji we wszystkich kongresowych okręgach wyborczych.

Głos za zmianą

- Grupa wyborców rozeźlonych sytuacją w kraju rośnie niemal z miesiąca na miesiąc - komentuje sondaż analityk polityczny CNN Bill Schneider. - Takich niezadowolonych wyborców łatwo jest zmobilizować do pójścia na wybory, a przy urnach niemal zawsze głosują oni za szeroko rozumianą zmianą.

Jego zdaniem przypomina to nastroje z początku lat 90., gdy równie powszechne niezadowolenie wyborców przyniosło m.in. wyrzucenie Republikanów na osiem lat z Białego Domu, wybór na prezydenta niedoświadczonego gubernatora Arkansas Billa Clintona, głosowanie kilkunastu procent wyborców na populistę Rossa Perota, wprowadzenie ograniczeń w pełnieniu urzędów na wszystkich szczeblach do jednej, maksymalnie dwóch kadencji, a w końcu wielką zmianę w Kongresie, gdy pewni siebie Demokraci po kilkudziesięciu latach stracili większość.

W tym samym, opublikowanym wczoraj sondażu CNN 55 proc. wyborców deklaruje, że w wyborach 7 listopada chce poprzeć "kogoś nowego". Wśród osób, które deklarują udział w wyborach, 53 proc. chce głosować na Demokratów, a 43 proc. na Republikanów.

Wskaźnik aprobaty pracy prezydenta - tradycyjnie dobry prognostyk nastrojów przed wyborami - waha się w granicach 32-36 proc. A to oznacza, że niezadowolenie z Busha będzie ciągnęło jego partyjnych kolegów w dół.

Nic nie jest przesądzone

Tyle tylko, że w amerykańskim systemie politycznym sondaże poparcia dla poszczególnych partii nie na wiele się zdają, bo wybory odbywają się w jednomandatowych okręgach większościowych. Klęska wyborcza Republikanów wcale nie jest oczywista.

7 listopada Amerykanie wybiorą 435 członków Izby Reprezentantów (cały skład) i jedną trzecią stuosobowego Senatu. Tak naprawdę jednak prawdziwa walka między Republikanami i Demokratami będzie się toczyć w zaledwie 20-30 jednomandatowych okręgach do Izby Reprezentantów oraz o sześć-siedem miejsc w Senacie. W pozostałych okręgach lub stanach przewaga jednej z partii jest tak duża, że wynik jest znany już praktycznie dziś.

Aby uzyskać większość, Demokraci muszą zdobyć 15 nowych miejsc w Izbie Reprezentantów i sześć nowych miejsc w Senacie. Niezależni eksperci oceniają, że szanse na przejęcie przez Demokratów Izby Reprezentantów wynoszą dziś 75 proc. Senatu - poniżej 50 proc.

Są Republikanie, którzy wierzą, że "coś wielkiego" się wydarzy i pomoże im w utrzymaniu większości. Np. sytuacja w Iraku się uspokoi albo administracja wykryje wielki spisek terrorystyczny.

Poza tym wskazują oni, że choć wyborcy są niezadowoleni, republikańscy kandydaci swoją kampanię na szczeblach lokalnych na dobre zaczynają w dopiero w tym tygodniu. Dwa miesiące to sporo czasu, by przekonać do siebie wyborców. Do siebie, a nie do niepopularnego prezydenta Busha.

A Demokraci próbują zmienić te wybory w referendum przeciwko Bushowi i wojnie w Iraku. Republikanie oprócz straszenia, że zwycięstwo Demokratów zaszkodzi wojnie z terroryzmem, będą za to próbowali skupiać się na problemach lokalnych i wykazywać braki konkretnych kandydatów Partii Demokratycznej. Zapowiada się najbardziej negatywna kampania wyborcza w historii.

Charles Black, republikański konsultant wyborczy, uważa, że 80 proc. problemów jego partii wynika z wojny w Iraku. - Gdyby nie Irak, Republikanie przygotowywaliby się do kolejnych wygranych wyborów - mówi Black.

Komisje śledcze

Co może się stać, jeśli Demokraci przejmą większość przynajmniej w Izbie Reprezentantów? Po pierwsze, prezydent Bush straci resztki szans na wprowadzenie w życie kolejnych elementów swojego konserwatywnego programu. Poza jednym wyjątkiem. Ogromne szanse na uchwalenie będzie miała proponowana przez Busha i popierana przez Demokratów reforma imigracyjna zawierająca amnestię dla 9-11 mln nielegalnych imigrantów.

Poza tym ostatnie dwa lata prezydentury Busha zmienią się w festiwal dochodzeń i komisji śledczych. Na forum Kongresu Demokraci wrócą zapewne do takich spraw jak fałszywe preteksty inwazji na Irak, nieudolność Waszyngtonu po huraganie "Katrina" czy używanie przez tajne służby podsłuchów telefonicznych bez nakazów sądowych. Sytuacja będzie przypominać tę z lat 90., gdy republikański Kongres inicjował i nagłaśniał kolejne dochodzenia przeciwko prezydentowi Clintonowi.