Królowa wśród tabloidów

Świetny film Stephena Frearsa o Elżbiecie II. Królowa w kaloszach pokazana w domowym otoczeniu nie traci swego majestatu, przeciwnie, zyskuje go

"Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z jej istnienia w roku 1949, gdy miałem osiem lat. Wychodziła wtedy za mąż, jeszcze jako księżniczka Elżbieta. Można powiedzieć, że jest w moim życiu obecna dłużej niż matka czy żona - wyznaje Stephen Frears, reżyser świetnie przyjętego w Wenecji filmu "The Queen".

Starcie dwóch majestatów

Królowa w pełnym rynsztunku, przepasana orderowymi wstęgami, pozuje do portretu. Wygląda jak na znaczku pocztowym. Tak zaczyna się film Frearsa. Elżbieta II w przerwach pozowania konwersuje z malarzem o polityce. Rozmawiają o prawie wyborczym - uświadamiamy sobie, że królowa mu nie podlega, bo jej władza pochodzi nie od ludu, tylko "z bożej łaski". Jest rok 1997. Powstał właśnie rząd Tony'ego Blaira. "Rząd Waszej Królewskiej Mości" - zaznacza uprzejmie malarz. Królowa kiwa głową i z iskierką ironii spogląda w stronę widza.

W warstwie fabularnej ten film spełnia wszelkie plotkarskie oczekiwania, choć jego sens polega na czymś innym. Ale zaczyna się jak demaskatorska komedia wprowadzająca nas w domowe pielesze Buckingham i szkockiej rezydencji Balmoral: królowa ogląda telewizję, kroi jarzyny, w chustce na głowie, w kaloszach ładuje psy do land rovera, jedzie z nimi na spacer do lasu. Raz jeden widzimy ją płaczącą.

W sypialni, jadalni, kuchni jesteśmy świadkami jej rozmów z królową matką, z mężem księciem Filipem, z synem księciem Karolem niedawno rozwiedzionym z Dianą. Ich dzieci nie udaje się królowej odegnać od telewizora - poznają historię rodziny z drugiej strony.

Z królewskiego punktu widzenia Diana wyniesiona przez media na szczyty popularności jest zakałą rodu. Jej osobowość i styl bycia są przeciwieństwem tego, co ceni Elżbieta. Gdy Diana zginie w wypadku, przysporzy dworowi jeszcze więcej kłopotów niż za życia. Elżbieta, dla której Diana "nie należy do rodziny", a jej pogrzeb ma być "sprawą prywatną dworu", jest zaskoczona wybuchem zbiorowego kultu. Po kilkudniowej walce z sobą będzie musiała ugiąć się przed wolą mas i zgodzić na publiczny ceremoniał.

Kulminacją dramatu jest pogrzeb Diany. Na przygotowania do niego patrzymy oczami Elżbiety i zaczynamy rozumieć, co królowa czuje, obserwując narastający kult Królowej Ludzkich Serc. Tu chodzi o coś więcej niż o trywialną zazdrość. Ścierają się tu dwa światy, dwa pojęcia majestatu. Tradycyjny, ekskluzywny, bezosobowy, którego reprezentantką jest Elżbieta, na co dzień ukryta przed ludźmi, ukazująca się wyłącznie jako "ikona" - i styl popkulturowy, którego symbolem jest Diana podpatrywana przez fotoreporterów na jachcie, z arabskim kochankiem. Taką właśnie ją pokochano.

Kwiatami w monarchię

Znikła gdzieś osławiona brytyjska rezerwa, wybuchły tłumione uczucia. Kult Diany, histeria podsycana przez media, łzy ludu, wszystko to bije w majestat królewski, pachnie rewolucją. Rosnąca do gigantycznych rozmiarów barykada z kwiatów przed bramą pałacu Buckingham uderza w monarchię. Na czołówkach gazet pojawiają się coraz bardziej agresywne tytuły: Windsorowie nie okazali serca, rodzina królewska nie jest z narodem. Tymczasem premier Blair ćwiczy przemówienie żałobne. Na fali kultu Lady Di rośnie jego polityczny autorytet. I to on - laburzysta, na swój sposób zafascynowany królową - jednym telefonem zmusi ją do ustępstw. Grając na dwie strony, zyska w sondażach popularność, jakiej nie miał Churchill. Zapewni sobie publicity, a zarazem uratuje prestiż monarchii.

W świetnej scenie dochodzi do konfrontacji obu majestatów. Elżbieta decyduje się oddać hołd pamięci Diany. Na oczach tłumu podchodzi do kwietnej barykady, pochyla się nad nią, po czym zbliża się do barierki, za którą tłoczą się ludzie. Obie strony przez chwilę milcząco patrzą sobie w oczy. Kobiety zza barierki skłaniają się przed nią ceremonialnie. Dziewczynka trzymająca kwiaty znienacka podaje je królowej. To dla ciebie! - mówi. Wygląda to tak, jakby pożałowała tej pani w czarnym kapeluszu, z nieodłączną torebką w ręku.

W tej wspaniałej scenie grająca Elżbietę Helen Mirren cały czas zachowuje rezerwę, ale jej twarz ujawnia tłumione uczucia. My wiemy, że królowa nie płacze nad Dianą, tylko dyskretnie przypomina ludziom o sobie. Sterty kwiatów nie mogą nie nasuwać myśli o jej własnym, królewskim pogrzebie. O tym, co pozostanie z monarchii. Jest w tym gorycz, że jej służba nie jest już zauważana ani doceniana w społeczeństwie masowym, gdzie liczy się to, co nagłośnione medialnie, a symbolem władzy stają się bóstwa tabloidów. Z ich popularności korzystają później politycy sami stający się medialnymi idolami.

Rozbrajająco brzmi ostatnia rozmowa Elżbiety z Blairem, który przychodzi jako triumfator, zbawca monarchii. Zwraca się do królowej poufale, a ona z rezerwą proponuje, żeby porozmawiali o sprawach państwa inaczej niż dotąd, spacerując po ogrodzie: "Świat się zmienił, potrzebuje modernizacji". Wspólny spacer królowej i premiera ma być w jej pojęciu tą modernizacją!

Satyra na popkulturę

Dziś, gdy przygasł kult Diany, nietrudno przyjąć punkt widzenia królowej. Film Frearsa daje okazję spojrzenia na politykę i media od drugiej strony. Jeśli "Królowa" jest satyrą, to nie na dwór królewski, tylko na telewizjowładzę żywiącą się zbiorowymi emocjami, które wznieca i którymi manipuluje. Z punktu widzenia tej nieefektownej siwej pani sama idea królowania nie tylko nie zanikła, ale szerzy się pod najróżniejszymi postaciami. Królowie są. Popkultura tworzy ich nieustannie, ale ich charyzma nie jest prawdziwa, stanowi ją glamour, medialna wspaniałość - intensywna, ale nietrwała.

Jadąc do Wenecji, liczyłem na film Frearsa i się nie zawiodłem. Silnie działa on na widza z Polski. Nie dlatego, byśmy tęsknili za monarchią. Patrząc na zmaganie się majestatów - tradycyjnego i popkulturowego, myślałem o naszym nieopierzonym państwie, gdzie władza pozbawiona charyzmy, wymuszając szacunek, w gruncie rzeczy nie pozwala siebie uszanować. To dotkliwe, bo tak nie można uszanować samych siebie jako społeczeństwa.

Motto filmu, wzięte z kronik królewskich Szekspira, o ciężarze korony zobowiązuje i sprawdza się w mądrym, ironicznym i dziwnie przejmującym filmie Frearsa. A my, popkulturowi barbarzyńcy, zaczynamy pojmować, na czym ten majestat polega.