Miami Vice, albo zmysłowa ballada

W nastrojowym kryminale ?Miami Vice? Michael Mann nie filmuje bohaterów. Wszystko wygląda raczej tak, jakby tylko działo się w obecności kamery

Miami Vice

reż. Michael Mann

USA, 2006

Jakie są tego konsekwencje? Zrównana zostaje waga elementów, które zwykle w kinie równoważne nie są: intryga kryminalna znaczy tu tyle samo co piękne detale uchwycone w obiektywie niby przypadkiem - liście palm targane wiatrem, śmigłowiec lecący nocą nad rozświetlonym miastem, ciała kobiety i mężczyzny tulące się do siebie w tańcu. Takie reżyserskie podejście spowalnia film (i go wydłuża - aż do 134 minut). Sprawia też, że raczej rzecz kontemplujemy, niż jesteśmy wstrząsani dreszczami emocji.

A jaka jest fabuła? Oto sypie się akcja FBI prowadzona przez agenta Fujimę (Ciaran Hinds, Cezar w serialu "Rzym"): faszyzujący gangsterzy orientują się, że transakcja hurtowego kupna narkotyków, którą się im proponuje, to lipa. By nabrać ich na nowo, trzeba innego wabika i innych ludzi. Dlatego do akcji wkraczają dwaj policjanci z Miami - Sonny Crocket (Colin Farrell) i Ricardo Tubbs (Jamie Foxx). Udają speców od przewożenia lewego towaru (przez granice, poza zasięgiem radarów). Ponieważ są sugestywni, docierają do samego gangsterskiego bossa - Montoyi (Luis Tosar), którego asystentką (i kochanką) jest piękna Isabel (Chinka Gong Li).

"Miami Vice" to kinowa wariacja na temat popularnego serialu kryminalnego, znanego w Polsce jako "Policjanci z Miami" (1984-89). Michael Mann (ur. 1943 w Chicago, ale kina uczył się w Londynie) był jego producentem wykonawczym. To, że sięgnął po postaci, którymi zajmował się przed laty, nie ma jednak żadnego, poza marketingowym, znaczenia.

Mann nie wyrusza tu w sentymentalną podróżą w przeszłość. Zajmuje się czym innym. Czym? Otóż - jakkolwiek pretensjonalnie by to zabrzmiało - współobecnością, w tzw. rzeczywistości, ohydy i piękna, zbrodni i miłości. One nie tylko są obok siebie, one się wzajemnie przenikają. "Szczęście to moment" - mówi tu jedna z postaci. I sama doświadcza, jak okrutny jest ten banał.

"Miami Vice" to film zmysłowy - próbuje oddać urodę spełnienia, jakie przeżywa dwoje ludzi. Może to być spełnienie cielesne - np. w scenie łożkowej Tubbsa i jego dziewczyny Trudie (Naomie Harris). Ale może też być emocjonalne. Widzimy np., jak Zły zapowiada swej kobiecie, że chce kogoś zabić, podejrzewając, że ona jest w tym kimś zakochana. Sprawdza jej reakcję. Widz po tej scenie wie już na 100 proc., że kobieta kocha posyłanego na śmierć.

Dźwiękowym podkładem dla fabuły "Miami Vice" jest muzyka rockowa - sączy się ona bezustannie. Kto wie zresztą, czy najwłaściwszym zaszeregowaniem dla tego nietuzinkowego filmu nie byłoby określenie "ekranowy ekwiwalent rockowej ballady".