Ogrodnik leczy raka w klatce z prądem

W Bydgoszczy ogrodnik podający się za lekarza wyłudza pieniądze od chorych na raka.

Każe im wchodzić do drewnianej klatki oplecionej drucikami i podłącza prąd. Prokuratura nie widzi w tym nic złego: umorzyła sprawę na podstawie opinii elektryka, który stwierdził, że 12-woltowe napięcie nie jest szkodliwe dla zdrowia

Oszusta zdemaskowała bydgoska "Gazeta". Opisaliśmy, jak Grzegorz M., z zawodu ogrodnik, który pracuje w szkółce drzew i krzewów, przyjmuje chorych w swoim gabinecie. Pacjenci to ludzie najczęściej w ostatniej fazie choroby nowotworowej. W ulotkach rozrzucanych w szpitalach onkologicznych przeczytali, że "cudotwórca z Bydgoszczy najskuteczniej leczy z białaczek, czerniaków (głównie z przerzutami), hemofilii, złośliwych guzów, choroby wieńcowej, zwyrodnień kręgosłupa".

Poszliśmy do przychodni Grzegorza M. - w małym pokoiku stały trzy drewniane klatki z podłogą i daszkiem z płyt paździerzowych oplecione podłączonym do prądu miedzianym drutem. Kiedy pacjent był już w klatce, ogrodnik podchodził do skrzyneczki, którą zbił ze sklejki. Wciskał przycisk, przez druciki płynął prąd o niskim natężeniu, taki jak w bateryjce "paluszku".

Grzegorz M. przekonywał: - Pacjent jest rdzeniem, a dookoła wytwarza się pole elektromagnetyczne, które przenika do mięśni i kości. Moc tego pola zabija złe komórki, na przykład rakowe. Natomiast dobre komórki, odpornościowe, zwiększają swój potencjał. Dzięki temu człowiek wychodzi całkowicie zdrowy i bardziej odporny. Nowotwór to tylko grzyb, łatwo się go pozbyć.

W dzień ukazania się relacji w "Gazecie" bydgoscy lekarze zawiadomili prokuraturę o popełnieniu przestępstwa.

- Jak ktoś może opowiadać, że leczy czerniaki z przerzutami? - pytał prof. Jerzy Tujakowski, wojewódzki konsultant ds. onkologii klinicznej w Bydgoszczy. - W ciągu 32 lat praktyki nie słyszałem większej bzdury!

- Chorzy, którzy się poddają takim terapiom, rezygnują z leczenia konwencjonalnego, co prowadzi do śmierci - mówił Jan Styczyński z Kliniki Pediatrii, Hematologii i Onkologii Collegium Medicum UMK.

Śledczy w maju zabezpieczyli drewniane klatki i dokumentację zgromadzoną w gabinecie. Kilka dni temu śledztwo umorzyli. Jak ustaliliśmy, przesłanką do umorzenia była opinia biegłego od elektromechaniki i pożarnictwa, że "(...) Pomimo podejmowanych prób nie udowodniono dotychczas, aby pole o częstotliwości 50 Hz, nawet o natężeniu 20-30 kV/m - poza działaniem podrażniającym i stresującym - miało bezpośredni szkodliwy wpływ na zdrowie człowieka".

Po lekturze ekspertyzy prokurator uzasadniał: "Czyn nie zawiera znamion czynu zabronionego. Działanie sprzętu zasilanego napięciem 12 V nie stanowiło narażenia osoby przebywającej w jego obrębie na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, takie niskie napięcie nie mogło spowodować porażenia prądem elektrycznym osoby korzystającej".

Wojciech Szczęsny, szef bydgoskiej Izby Lekarskiej, nie kryje oburzenia: - To sygnał dla wszystkich naciągaczy, że w Polsce mogą swój proceder uprawiać bezkarnie. Ten człowiek nadal przyjmuje chorych w szkółce ogrodniczej! A prokurator nie widzi w tym nic złego. Zgadzam się, że taki prąd pewnie nikomu nie zaszkodzi, problem jest gdzie indziej: chodzi o to, że leczyć może tylko człowiek wykształcony, po studiach medycznych, a nie ogrodnik! To łamanie ustawy o zawodzie lekarza. Szkoda, że nikt z prowadzących postępowanie tego nie zauważył.

W prokuraturze Bydgoszcz Północ nikt nie chce komentować prawomocnej już decyzji o umorzeniu postępowania.