Lustracyjna konfuzja w Senacie

Po dwóch tygodniach, jakie dał sobie Senat na refleksję nad lustracją uchwaloną przez Sejm, wróciliśmy do punktu wyjścia - nadal jest pat

Siedem godzin trwała wczoraj w Senacie debata nad nową lustracją. O prawdopodobnym stanowisku Senatu wiadomo tyle co dwa tygodnie temu - czyli nic. Przez te dwa tygodnie, na które odroczono dyskusję nad ustawą, kluby parlamentarne nie doszły do konkluzji: poprawić ustawę, odrzucić poprawki, broniąc wersji sejmowej, czy może odrzucić ustawę w całości i zabrać się za napisanie nowej.

Podczas wczorajszej debaty senatorowie Krzysztof Piesiewicz (PO) i Zbigniew Romaszewski (PiS) przekonywali do swych poprawek: przywrócenia oświadczeń lustracyjnych i sądu lustracyjnego, statusu pokrzywdzonego i możliwości nieujawniania tych fragmentów teczek, w których są informacje o sprawach prywatnych. Wczoraj zgłoszono do ustawy blisko 80 poprawek, co razem z przyjętymi wcześniej przez komisję praworządności i praw człowieka daje ok. 150. - Te poprawki idą w przeciwną stronę niż nasze - ocenił senator Piesiewicz. Wcześniej, podczas obrad Senatu, zapowiedział, że jeśli poprawki zaproponowane przez komisję nie przejdą w całości, rozbije to ich logikę. I w takiej sytuacji będzie głosował za odrzuceniem ustawy w całości.

Odrzucenia ustawy chciała podobno większość senatorów PO, ale na spotkaniu klubu przed posiedzeniem Senatu Donald Tusk przekonał ich, żeby nie głosowali przeciw niej, bo partia powinna konsekwentnie popierać ustawę przewidującą szerokie otwarcie archiwów IPN.

Wniosek o odrzucenie ustawy jest jednak wśród poprawek zgłoszonych wczoraj przez senatorów. Odrzucenie sugerował dwa tygodnie temu marszałek Senatu Bogdan Borusewicz (niezrzeszony). Mówił, że ustawa w wersji sejmowej zablokuje lustrację i skrzywdzi działaczy demokratycznej opozycji, ujawniając ich intymne sprawy, a z poprawkami Senatu nie będzie się nadawała do stosowania, bo będzie przypominać krowę przerobioną na konia.

Wczoraj kilkadziesiąt poprawek (16 stron) złożył wicemarszałek Senatu Krzysztof Putra (PiS). Nieoficjalnie mówi się, że przygotował je współautor ustawy poseł Arkadiusz Mularczyk (PiS). Poprawki zmierzają w kierunku sugerowanym wcześniej przez braci Kaczyńskich - aby pełna jawność teczek dotyczyła tylko najwyższych stanowisk w państwie, czyli około tysiąca. A zamiast przywrócenia statusu pokrzywdzonego - co proponuje komisja praw człowieka - IPN miałby publikować listę osób pokrzywdzonych.

Dziś rano zbierze się senacka komisja praw człowieka, żeby zaopiniować poprawki zgłoszone wczoraj. Zapewne negatywnie zaopiniuje te, które są sprzeczne z przyjętymi przez siebie - czyli przede wszystkim poprawki wicemarszałka Putry. Głosowanie prawdopodobnie po południu.

W kuluarach senatorowie przyznają, że jest duże niebezpieczeństwo, że poprawki zostaną przyjęte od Sasa do lasa i kompletnie rozsadzą ustawę. Sejm je wtedy odrzuci, a prezydent, któremu ustawa w wersji sejmowej się nie podoba - nie będzie miał innego wyjścia, jak ją zawetować.

Jedyne, co można po wczorajszej debacie powiedzieć na pewno, to to, że jeśli ustawa - w tym czy innym kształcie - wejdzie w życie, nie będzie już możliwe przedterminowe rozwiązanie parlamentu. A to dlatego, że nie dałoby się przeprowadzić nowych wyborów: należałoby je przeprowadzić w ciągu trzech miesięcy, tymczasem IPN nie zdoła szybciej niż za pół roku wystawić kandydatom na parlamentarzystów zaświadczeń o tym, czy i w jakim charakterze figurują w jego archiwach. A według nowej lustracji bez tego nie mogą kandydować. - Nawet gdybyśmy pracowali dzień i noc, to wydanie tylu zaświadczeń przez trzy miesiące nie jest możliwe - zapewnił wczoraj senatorów pytany o to prezes IPN Janusz Kurtyka.