Dlaczego Republikanie popierają Demokratę

Amerykański senator Joe Lieberman, odrzucony przez wyborców swojej Partii Demokratycznej, otrzymuje szerokie poparcie od Republikanów.

Lieberman, senator ze stanu Connecticut, to od lat jeden z najbardziej znanych i szanowanych polityków Partii Demokratycznej. Gdyby w 2000 r. Al Gore wygrał wybory zostałby u jego boku wiceprezydentem.

Dwa tygodnie temu 64-letni Lieberman przegrał w prawyborach, w których wyłaniano kandydata Demokratów na kolejną kadencję w Senacie. Wybory do Kongresu odbędą się w listopadzie. Przegrana urzędującego senatora w prawyborach własnej partii jest niezwykle rzadka.

Porażka Liebermana odbiła się szerokim echem w całej Ameryce i na świecie, gdyż był on do tej pory jednym z ostatnich Demokratów, którzy popierają republikańskiego prezydenta George'a Busha w takich sprawach jak polityka zagraniczna, wojna z terroryzmem, a przede wszystkim wojna w Iraku. Porażka może zapowiadać radykalizację wyborców w USA i głosowanie przeciw każdemu, kto jest kojarzony z Bushem.

Człowiekiem, który pokonał Liebermana, jest lewicujący milioner Ned Lamont. Wygrał dzięki bezlitosnej krytyce Liebermana za popieranie wojny w Iraku i wspieranie Busha. Najczęściej powtarzaną obietnicą wyborczą Lamonta była walka o ogłoszenie daty pełnego wycofania wojsk USA z Iraku.

Zwycięstwo Lamonta niewątpliwie zapowiada zwrot polityczny w wielu kręgach Partii Demokratycznej szykującej się do listopadowych wyborów. Okazało się, że mało znany, ale krytykujący na całego wojnę w Iraku kandydat może pokonać takiego giganta jak wieloletni senator.

Lieberman, choć porażkę mocno przeżył, nie poddał się. Zapowiedział, że wystartuje w wyborach bez nominacji swojej partii, jako kandydat niezależny. Stało się tak, mimo że do wycofania się wezwało go wielu prominentnych Demokratów.

Lieberman nadal ma duże szanse na wygraną. W prawyborach, które przegrał, głosowali rzecz jasna tylko zwolennicy Partii Demokratycznej, i to ci najgorętsi (często najbardziej lewicowi). W wyborach ogólnostanowych jego szanse są o wiele większe. W najnowszym sondażu ma 49 proc. poparcia, a Lamont jedynie 38 proc.

Stało się tak głównie dzięki sprytnemu manewrowi Partii Republikańskiej, która nie popiera oficjalnie nominowanego przez siebie kandydata Alana Schlesingera, lecz właśnie Liebermana. Brak poparcia ze strony lokalnych i krajowych władz partii, Białego Domu czy najbardziej znanych kongresmanów pozbawia Schlesingera jakichkolwiek szans na sukces. I tworzy polityczną próżnię, którą ma wypełnić Lieberman.

Republikanie wolą bowiem w Senacie umiarkowanego Liebermana, zwolennika twardego kursu w polityce zagranicznej i w Iraku, niż antywojennego aktywistę Lamonta.

W niedzielę ostatni kandydat Demokratów na prezydenta John Kerry porównał poglądy Liebermana do tych, które prezentuje wiceprezydent Dick Cheney - dla Demokraty nie może być większej obelgi. Coraz gorętszy spór o Liebermana w szeregach Demokratów wzmacnia wizerunek tej partii jako podzielonej i niepotrafiącej wyznaczyć jasnego kursu w sprawach kluczowych dla kraju.