O Grassie mówią Stefan Chwin, abp Tadeusz Gocłowski i Władysław Bartoszewski

Marek Sterlingow, Marek Wąs: Ma Pan za złe Grassowi, że tak długo milczał?

Stefan Chwin: Wiadomości z ostatnich dni osłabiają zarzuty przeciwko niemu. Teraz wiemy, że do służby w SS przyznał się na piśmie już w 1945 r. Mówił o tym przyjaciołom. Można co najwyżej mieć pretensje, że nie eksponował tego faktu w swojej biografii, ale nie można twierdzić, że milczał.

Służba w SS to jest oczywiście bardzo niedobry epizod. Byłoby jednak pozbawione sensu, gdybyśmy całkowicie przekreślili Grassa jako pisarza i człowieka za to, co złego zrobił, mając lat 17. Przez następne 60 zrobił tyle dobrego, że zmazał dawne winy. To był zawsze jeden z najbardziej nam życzliwych ludzi w Niemczech.

Mnie w tej chwili jednak bardziej interesuje to, jak jego sprawa jest dzisiaj rozgrywana przez polityków w Polsce.

Jak?

- Mechanizm jest podobny jak w przypadku "dziadka z Wehrmachtu" Donalda Tuska. Przygotowuje się grunt pod wybory, podsycając stare, polskie lęki przed Niemcami i przedstawiając politycznych przeciwników jako "germanofilów" w nadziei, że to pomoże tej czy innej partii.

I sporo ludzi się na to łapie, bo lęki przed Niemcami były w naszej świadomości z premedytacją utrwalane przez całe dziesięciolecia. Oczywiście nie uważam Niemców za anioły. Trzeba uważnie obserwować to, co robią ze swoją i naszą przeszłością, i bronić swojego.

Twórczość Grassa odegrała ważną rolę w kształtowaniu się światopoglądu sporej części Polaków.

- To paradoks! Ci, którzy dzisiaj atakują Grassa, są w istocie jego dziećmi! "Blaszany bębenek" czytali po raz pierwszy jako bibułę wydaną w podziemiu. Od Grassa uczyli się postawy antytotalitarnej, swobody myślenia, odwagi i wyobraźni, umiejętności wybaczania, a więc wszystkiego, czego nienawidziła władza komunistyczna i o co sami z tą władzą walczyli.

Myślę, że gdyby Grass nie miał tego niedobrego epizodu w swojej młodości, może nie miałby w sobie takiego impetu, z jakim występował przeciw wszystkim formom faszystowskiej i komunistycznej niewoli. Wytykać mu taką motywację jest jednak absurdem.

Gdańszczanie lepiej rozumieją tę trudną historię?

- Gdańsk w sprawie Grassa jest równie podzielony jak cała Polska. Zresztą zawsze był podzielony. Ilekroć Grass przyjeżdżał na spotkania autorskie do Gdańska, tylekroć zawsze ktoś go atakował za "Blaszany bębenek". Miano mu za złe m.in. deheroizację obrońców Poczty Polskiej. Że w jego książce oni tam siedzą w piwnicy, grają w karty, piją wódkę. Drażniło mieszanie tragedii z groteską.

****

Marek Sterlingow, Marek Wąs: Czy Günter Grass zasługuje na ludzkie potępienie?

Abp Tadeusz Gocłowski: Ostrożnie z tym potępianiem. Wszyscy się jakoś tak do tego spieszą. Nie ma powodu, by w tej chwili go sądzić. Owszem, w jego życiu, gdy miał 17 lat, zaistniał błąd, dramat. To był dramat nie tylko jego, ale i wszystkich młodych Niemców. Niemniej jednak, choć całe lata się z tą sprawą łamał, to w końcu sam się z nią uporał.

Czy powinien zrzec się honorowego obywatelstwa?

- O sprawie honorowego obywatelstwa Gdańska, które otrzymał, nie chcę mówić, bo to osobny problem. Ale my, mieszkańcy tego miasta, powinniśmy rozumieć jego dramat. On przecież jest gdańszczaninem. Nie tylko honorowym.

****

prof. Władysław Bartoszewski w rozmowie z PAP:

Niewątpliwie pożałowania godne, szczególnie u człowieka na tym poziomie, że nie znalazł w ciągu 60 lat okazji - jednocześnie bardzo ostro i surowo potępiając innych za błędy - aby się przyznać, że jako młodzieniec służył siedem tygodni w SS.

Jako człowieka generacji wojennej boli mnie, iż Grass przemilczał taką rzecz. Nie dlatego, żebym zarzucał mu jakieś zbrodnie, bo żadnych zbrodni mu nie zarzucam, ale przykre jest to. Oczekujemy od naszych pisarzy, artystów czy uczonych, że będą mówili o błędach swojego życia albo je naprawiali. A tu międzynarodowa sława... To przykre.