Esbeckie teczki znalezione w opuszczonej szopie

W opuszczonej szopie odnalazły się teczki, w których bezpieka gromadziła materiały z inwigilacji Teresy Boguckiej, wybitnej działaczki opozycji i podziemia. - O ile wiem, pierwszy raz coś takiego się zdarzyło - ocenia Andrzej Friszke, członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej

Cztery teczki z aktami oznaczonymi klauzulą "Tajne specjalnego znaczenia" oraz kilka kalendarzy leżało pod stertą śmieci w opuszczonej szopie na warszawskim Służewcu Przemysłowym. Teczki przeleżały tam co najmniej kilka miesięcy, ale chyba nie lat, nie są aż tak zniszczone.

Znalazł je przypadkowo Dariusz Bojarski. Wczoraj oddał je Teresie Boguckiej.

- Pracuję dla wytwórni betonu i szukam dla niej klientów. A że w tej okolicy jest kilka budów, to chciałem się tam rozejrzeć - opowiada Bojarski. Tak w sobotę trafił na ul. Iłżecką. Wszedł do szopy. Pierwsze, na co się natknął, to książki "Mały Książę", "Wyspa Kormoranów". Zaczął je przeglądać. Pod bajkami Andersena znalazł trzy teczki. Przekartkował.

Teresie Boguckiej powiedział później: "Poczułem strach".

- Jestem miłośnikiem słowa pisanego. Lubię wyszukiwać stare książki. W tym przypadku jednak nie zagłębiałem się w lekturę. Przeczytałem nazwisko i postanowiłem od razu oddać je osobie, której dotyczyły - mówił Boguckiej.

Adres Boguckiej Bojarski znalazł w teczce. Zjawił się u niej w niedzielę rano.

Kto tam mieszkał?

Wczoraj poszliśmy na miejsce wskazane przez Dariusza Bojarskiego. Ul. Iłżecka to wąska, nieutwardzona droga tuż obok torów kolejowych. Po jednej stronie ulicy są ogródki działkowe, po drugiej kilka zrujnowanych, opuszczonych gospodarstw. A wszystko ledwie kilometr od popularnego centrum handlowego Galeria Mokotów.

Szopa stoi w głębi, zbita z desek i dykty, na drzwiach wielka kłódka, wejście jest od tyłu, przez wyrwaną w dykcie dziurę.

Na ścianach wyblakłe zdjęcia dużych fiatów, roznegliżowane blondynki. Podłogę zakrywa gruba warstwa szmat, kartonów, desek, między nimi stare puszki po oleju, butelki, zardzewiały śrubokręt.

W kącie pod porwanym kocem znajdujemy pożółkły skrawek esbeckiego raportu, dwie puste obwoluty, aż wreszcie po kilkunastu minutach przetrząsania tego śmietnika znajdujemy pokaźną teczkę.

Pierwszy dokument w teczce to "Wniosek o wszczęcie sprawy operacyjnego rozpoznania, kryptonim "Kinga"". Data: 21 lutego 1977 r.

Kto tu mieszkał? Dziki lokator sąsiedniej ruiny mówi: - A mieszkały tu to jakieś gospodarze, był dziadek, cała rodzina. Ale dawno się wyprowadziły. Kim byli? - Jakieś rolniki.

Teczki trafiają do Boguckiej

- Zadzwoniła macocha, mówiąc, że odwiedził ją jakiś człowiek, który ma moje esbeckie teczki. I pytał, co z tym zrobić - relacjonuje Teresa Bogucka. Powiedziałam, żeby dała mu mój obecny adres.

Pomyślałam, że być może zapraszam do domu byłego esbeka, poczułam się trochę jak przed rewizją. Uznałam, że muszę mieć świadka tej wizyty, ściągnęłam Joasię Szczęsną, która mieszka nieopodal.

Minutę potem pojawił się: ok. czterdziestki, uśmiechnięty, w krótkich spodenkach, prosto z roweru. Od progu powiedział, że nie chce żadnej nagrody, a przyniósł mi esbeckie teczki, bo materiał go poraził, uznał, że ta wiedza mi się należy.

Dariusz Bojarski wręczył jej kilka nadgryzionych przez myszy teczek i kalendarze z notatkami ubeków.

Teresa Bogucka: - Co znalazłam? Dokumenty są z lat 1968-89. Tak właśnie wyobrażam sobie teczki IPN-owskie: esbecy najpierw gromadzili papiery na biurku, potem niechlujnie zszywali - myląc chronologię, wkładając trzy egzemplarze tego samego. Uderzyło mnie, że ktoś bardzo pracowicie wyciął nożyczkami, żyletką nazwisko prowadzącego.

Jest mnóstwo służbowej korespondencji - a to, żeby zabrać mi wkładkę paszportową, którą potem mylnie odebrali mojemu bratu, a to, żeby założyć mi podsłuch na telefon, którego nie miałam. Są też donosy mojej współwięźniarki z 1968 r. Notatki TW o osobach, które znałam, sąsiadach. Jest narysowany długopisem plan mojego piętra, który miał ułatwić SB pozyskanie sąsiadów. Znalazłam też rozmowy z dozorczynią, osobą mocno popijającą. W chwilach szczerości zaczepiała mnie komunikatem: "Byli, pytali, ale mówiłam, że jest pani dobrą kobietą". Z materiałów wynikało, że jest ze mną wręcz zaprzyjaźniona. Jest wreszcie informacja, że "wychowały mnie zakonnice o rewizjonistycznych poglądach", bo kończyłam szkołę klasztorną.

Które teczki zniknęły

Prof. Andrzej Friszke, członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej, jest zaskoczony.

- Nie przypominam sobie, by odnaleziono po tylu latach akta kogoś znanego. Ktoś je wyniósł, oczywiście nielegalnie. Sądzę, że funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa, gdyż tylko oni mieli dostęp do tych akt. W jakim celu? Można tylko spekulować. Wyniesienie akt poza gmach resortu było wtedy przestępstwem - podkreśla Friszke.

- Akta kierownictwa podziemnej "Solidarności" - tzw. teczki rozpracowania operacyjnego, czyli materiały gromadzone tajnie (podsłuch, inwigilacja, raporty konfidentów, ubeckie domysły na temat osób) trafiły do IPN przetrzebione - mówi Friszke, autor wielu książek o najnowszej historii Polski, ostatnio pod jego redakcją ukazała się "Solidarność podziemna 1981-1989" (ISP PAN).

- Nigdy nie odnalazły się teczki szefów warszawskiego podziemia: Zbigniewa Bujaka, Wiktora Kulerskiego, Konrada Bielińskiego, Jana Lityńskiego, Zbigniewa Janasa, Henryka Wujca, Tadeusza Mazowieckiego. W rejestrach tajnych służb figurują jako zniszczone na przełomie 1989-90 r., po powstaniu pierwszego rządu niekomunistycznego.

- Czy część dokumentów figurujących jako zniszczone została gdzieś ukryta? - pytamy.

- Do tej pory wysuwano takie podejrzenia, ale to znalezisko, o którym rozmawiamy, sprawia, że mamy coś więcej niż podejrzenie. W tym jednym wypadku mamy dowód. Podkreślam, że nie ma sposobu sprawdzenia, czy adnotacja o zniszczeniu jest prawdziwa czy nie. Najbardziej prawdopodobne, że ubecy wynieśli teczki najważniejszych ludzi podziemia, bo byli przekonani, że obejmą oni władzę i będą się mścić na swoich prześladowcach.

Moim zdaniem część akt, które zostały uznane za zniszczone albo zaginione, po prostu nie została zniszczona. Po co? Nie wiem - odpowiada prof. Friszke. Żeby szantażować ludzi albo ich opluwać.