Życie z Klossem i Brunnerem

Andrzej Konic, reżyser "Stawki większej niż życie", "Czarnych chmur" i "Pogranicza w ogniu", w poniedziałek kończy 80 lat.

Jacek Szczerba: Jest Pan klasykiem kina sensacyjno-przygodowego. Czy jakiś epizod z Pańskiego życia nadawałby się na film?

Andrzej Konic: Może mój pobyt w Gdańsku w 1945 r.? Nadejście Armii Czerwonej zastało mnie, warszawiaka, w Piotrkowie Trybunalskim. Dostałem cynk, że moja matka i siostra są w mająteczku Szczekanica, u przyjaciółki matki, półtora kilometra od Piotrkowa. Siostra, gdy mnie zobaczyła, nie była w stanie wydusić słowa. One były przekonane, że nie żyję. Podczas Powstania Warszawskiego jeden z moich przyjaciół przyszedł do nas do domu i powiedział, że jego kolega był świadkiem mojej śmierci.

Od AK do ZWM

W Piotrkowie nawiązałem kontakty konspiracyjne. W marcu 1945 r. podziemna zwierzchność nakazała naszej grupce przeniknięcie do ZWM - Związku Walki Młodych. To była PPR-owska organizacja młodzieżowa. Z ZWM-u wysłano nas do Gdańska - jako bojówkę, która będzie tam niosła polskość.

Gdy dojechaliśmy, Gdańsk jeszcze się palił. Zajęliśmy budynek naprzeciwko stoczni. Zostałem kierownikiem ZWM na województwo. Organizowałem Uniwersytet Ludowy na Biskupiej Górze. Tam były wielkie niemieckie koszary, centrala meteorologiczna dla lotnictwa bałtyckiego.

Miałem niezbędne pełnomocnictwa - bumagę po polsku i rosyjsku informującą, że mogę robić wszystko, co uznam za stosowne. Dostałem półciężarówkę, dwie furmanki i sekcję z młodym podporucznikiem pod swoje rozkazy. Miałem wtedy niecałe 19 lat. Chodziłem w mundurze oficerskim, ale bez dystynkcji. Z bronią.

W Gdańsku zajmowałem jeden pokój, w Sopocie miałem mieszkanie trzypokojowe, w Oliwie willę i jeszcze mieszkanie w Gdyni. Zadbałem o to, żeby mieć gdzie się podziać. Nie wiedziałem, co mnie czeka.

Atmosfera była niezwykła. Na śmietnikach znajdowaliśmy martwe niemowlaki, po nocach dochodziły nas przeraźliwe krzyki. W Trójmieście nie było mężczyzn, wywieziono ich do obozów. Gościły nas młode Niemki...

Na samym początku mój szef - Garlicki - wysłał mnie do Gdyni, żebym sprawdził, czy dotarł tam już ZWM. Poszedłem piechotą. Po drodze z sześć razy zatrzymywały mnie ruskie posterunki. Zabrali mi praktycznie wszystko poza zegarkiem, który mam do dziś. Dostałem go od matki przed maturą. Przypiąłem go agrafką do rozporka i choć mnie obmacywali, to go nie znaleźli.

Strasznie piliśmy

W Gdyni znalazłem człowieka z ZWM-u. Akurat niemieckie samoloty z Helu zrobiły nalot na Gdynię. Ukryliśmy się w kinowym bufecie w piwnicy. Tam była potem kontrola dokumentów. Ponieważ miałem tylko pozwolenie na przebywanie w Gdańsku, wsadzili mnie do pierdla. Kolega z ZWM interweniował. W asyście dwóch krasnoarmiejców odprowadzono mnie na plac Kościuszki, do ostatniego domu po lewej stronie.

Port w Gdyni był całkowicie zniszczony. Miasto stało, ale było pozbawione szyb. Wiatr hulał, nie było światła. A w tym domu paliło się elektryczne światło. Widocznie mieli własne zasilanie. Mieszkał tam ruski komendant. Jakoś się wybroniłem, pokazałem papiery z Gdańska, kolega z ZWM tłumaczył. Komendant wyjął koniak.

W Gdańsku początkowo głodowaliśmy. Strasznie piliśmy. Jak ogłoszono koniec wojny, byłem już tak pijany, że nie byłem w stanie wypić kieliszka na tę intencję. A obiecywałem to sobie całą okupację.

Po dwóch tygodniach ktoś puka do moich drzwi. Wchodzi moja matka. Zaniepokojona przyjechała do Gdańska. Mój owczarek alzacki na dźwięk polskiego języka dostawał szału - był chyba z obozu, ze Stutthofu. Udawałem, że się cieszę. Matka zamieszkała w moim pokoju, a ja przeniosłem się do moich mieszkań.

W Sopocie oglądałem przemarsz niemieckich żołnierzy z Helu. Byli wypasieni, śpiewali "Heili Hailo Haila" i inne swoje piosenki. Prowadzili ich pijani Rosjaninie z karabinami na sznurku. Cała szosa była zasłana kwiatami. Rzucały je Niemki. "Ci jeńcy..." - odezwałem się do jednej z nich. - "To nie są żadni jeńcy - przerwała. - To jest armia, która skapitulowała".

Andrzej, czyś ty zwariował?!

Byłem wtedy młody i naiwny. Facet z UB zaproponował, byśmy się zamienili na broń: ja mu dam waltera, na którego miałem pozwolenie, a on mi parabellum. Potem schował pistolet ode mnie i oskarżył mnie, że mam parabellum nielegalnie.

No i wsadzili mnie. Przesłuchiwał major NKWD. Siedziałem tylko cztery-pięć dni, ale nie dali mi spać. Nic im nie powiedziałem ani niczego nie podpisałem. Wypuścili mnie. - Jeszcze się spotkamy - usłyszałem na odchodne. Wolałem tego uniknąć.

Na Wybrzeżu była już wtedy cała moja rodzina. Po matce przyjechała siostra. Odnalazł się też ojciec, który spędził wojnę na Węgrzech jako internowany oficer. Mieszkali w willi w Oliwie. Mieliśmy już innego psa. Sąsiadka Niemka go nam ofiarowała, bo nie miała go czym karmić. To był szkocki terier - Strumpfi się nazywał, czyli pończocha.

Odbyliśmy rodzinną naradę, po której matka załadowała mnie do pociągu i kazała jechać do Krakowa - do Kuby Sawickiego, profesora prawa kanonicznego i rzymskiego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ten, jak mnie zobaczył - byłem w mundurze i z bronią - otworzył usta z wrażenia: "Andrzej, czyś ty zwariował?!".

Tam zdobyłem nową tożsamość. Pomagał mi w tym Wojciech Kętrzyński, zastępca Bolesława Piaseckiego. Wtedy jeszcze tego o nim nie wiedziałem. W zakładzie fryzjerskim ogolili mnie na zero, nawet brwi mi zgolili. Sfotografowali do nowych papierów. Dostałem niemiecką kenkartę na nazwisko Andrzej Krajewski. Było w niej napisane, że jestem rocznik 20, a ja nie wyglądałem na 25 lat.

Później nowe papiery dostała reszta rodziny. Ojciec jako Stużeński, bo się urodził w Stużnie, rodzinnym majątku w kieleckim. Ojciec był znanym w Warszawie adwokatem, a w Krakowie było wtedy sporo warszawiaków, więc jak go ktoś poznał na ulicy, to nie wiedział, jak ma się przedstawiać. Dlatego raczej nie wychodził z domu. A przecież po internowaniu marzył o normalności.

Podziemie już się mną nie interesowało. Gdy wróciłem do Piotrkowa uporządkować swoje sprawy, oddział się rozwiązał. Więc ja też się wycofałem. Chyba rychło w czas. Do prawdziwego nazwiska wróciłem jesienią. Zaryzykowałem, bo przyjaciele ściągnęli mnie do Szkoły Głównej Handlowej do Warszawy. Immatrykulowałem się jako Konic.

Od śpiewania bolała głowa

Skończył Pan SGH?

- Tak, ale byłem święcie przekonany, że będę śpiewakiem operowym o międzynarodowej renomie. Ciągle byłem rozśpiewany. Najpierw jako bas cantante, potem jako baryton. Do tej pory nikt mnie nie oszuka - wiem, kiedy śpiewak w jakiej jest dyspozycji.

Podczas okupacji uczyłem się, byłem w konspiracji i zajmowałem się gromadzeniem płyt operowych i partytur. Grzebałem po antykwariatach. Prowadziłem też długie rozmowy z moją maestrą Adą Sari. W czasie wojny uczyłem się u niej dwa lata, a po wojnie jeszcze półtora. Znałem ją aż do jej śmierci.

Okupację przeżyła. Choć była Żydówką, nie poszła do getta, podobnie jej brat. Nie tylko nikt jej nie zadenuncjował, ale miała nawet publiczne recitale.

Nazywała się Jadwiga Szajer, pochodziła ze Starego Sącza. Była artystką, z wszelkimi plusami i minusami tego pojęcia. Egzaltowana egocentryczka, zapobiegliwa w sprawach finansowych, za to o wielkim uroku osobistym i talencie pedagogicznym. Brała za lekcje w zależności od tego, jak oceniała status finansowy ucznia. Wiele osób uczyła za darmo. Mieszkała na Asfaltowej przy Rakowieckiej.

Śpiewakiem jednak nie zostałem. Brak mi pamięci muzycznej - trudność sprawiało mi zapamiętanie arii od początku do końca. No i śpiewanie rujnowało mi zdrowie - miałem potworne rezonansowe bóle głowy, chwiałem się na nogach. Zwłaszcza gdy poszerzyłem skalę śpiewu, gdy przyszły wysokie dźwięki.

Jak Karewicz został Brunnerem

Jak to się stało, że po takich wojennych i artystycznych doświadczeniach został Pan współreżyserem "Stawki większej niż życie"?.

- W latach 60. byłem ulubionym reżyserem pani Illi Genachow, szefowej telewizyjnego Teatru Sensacji i Teatru Kobra. Kiedyś wpadłem do niej w przerwie pracy nad sztuką Jurka Przeździeckiego w teatrze w Olsztynie. Akurat Kuba Morgenstern robił próby kamerowe do "Stawki większej niż życie". Mikulski już był wybrany na Klossa. Spotkałem paru znajomych aktorów. Zwróciłem uwagę, że warto by poprawić pewne detale mundurów, bo akurat na tym się znałem. I tyle. Potem nagle wezwała mnie Illa. W obecności Kuby powiedziała, że on będzie teraz kręcił film "Potem nastąpi cisza", więc może ja pociągnąłbym "Stawkę". Zgodziłem się. Drugi odcinek był już mój, ale z obsadą wyznaczoną przez Kubę. Potem kolejne odcinki powstawały co miesiąc. Po emisji były dwa-trzy dni przerwy i zaczynały się próby do następnego. To ja zatrudniłem Karewicza jako Brunnera.

Pracowaliśmy w Studio 1, na pierwszym piętrze, na placu Powstańców. Były tam trzy sceny, na których stały dekoracje. Tych było zwykle więcej niż trzy, więc trzeba je było zmieniać w trakcie spektaklu. Robił się hałas. A przecież nadawaliśmy na żywo!

Zrobiłem 12 spektakli "Stawki", jedną Basia Damięcka, bo ja byłem akurat chory. Ostatnia powstała w lutym 1967 r., a już 13 marca ruszyły zdjęcia do wersji filmowej Klossa. Kuba i ja zrobiliśmy po dziewięć odcinków. Równocześnie kręciliśmy sceny do kilku. Pamiętam, że pierwsze były zdjęcia do odcinka V pt. "Ostatnia szansa" - w Warszawie, z Ewką Wiśniewską, Ignacym Gogolewskim i Krzysztofem Chamcem. Robiliśmy pościg samochodowy na Karowej.

Siebie też obsadziłem w "Stawce". Odcinek II - "Hotel Excelsior" - był skomplikowany, więc pomyślałem, że zamiast tłumaczyć to wszystko jakiemuś aktorowi, lepiej sam to zagram. I chyba miałem rację.

Andrzej Konic urodził się 24 lipca 1926 r. Jest absolwentem SGH (1948). Ma eksternistyczny dyplom aktorski i reżyserski. Zrealizował 80 godzin filmów i ponad 200 programów w TVP - m.in. w Teatrze Telewizji i Teatrze Kobra. Reżyser seriali "Stawka większa niż życie" (1967-68), "Czarne chmury" (1972-73), "Najważniejszy dzień życia" (1974, odcinki "Uszczelka", "Gra", "Gąszcz" i "Broda"), "Życie na gorąco" (1978), "1944" (1984-85) i "Pogranicze w ogniu" (1986-90). Wyreżyserował też filmy telewizyjne: "Przygoda Stasia" (1970), "Szczęśliwy brzeg" (1983) i "Na wolność" (1985) oraz kinowe "Motodrama" (1971) i "W te dni przedwiosenne" (1975).

W NRD nakręcił serial z czasów wojny trzydziestoletniej "Rächer, Retter und Rapiere" (1980-81), w tamtejszym Teatrze Telewizji przygotował "Tam i gdzie indziej" (1971) Stanisławy Fleszarowej-Muskat, a na Węgrzech "Wywiad z Ballmayerem" (1967) Kazimierza Brandysa.

Na przełomie lat 50. i 60. prowadził w TVP Młodzieżowe Studio Poetyckie, z którego wyszli m.in. Magdalena Zawadzka, Daniel Olbrychski i Marek Perepeczko. Był lektorem radiowym i aktorem w Teatrze Młodej Warszawy, Ziemi Mazowieckiej i Narodowym. Nagradzany m.in. na festiwalach w Gdańsku i Pradze. Zapalony wędkarz.