Zakończył się festiwal teatralny na Malcie

Przez lata artyści na poznańskiej Malcie serwowali widzom wspaniałe widowiska, wzruszali ich, skłaniali do refleksji. Dziś oczekują aktywnego udziału - w teatrze i w życiu

W Poznaniu zakończył się XVI Międzynarodowy Festiwal Teatralny "Malta '2006". Pośród wielu propozycji - teatralnych, plastycznych, muzycznych - kilka zabrzmiało bardzo mocno.

Słowo "Poznaj" - zapłonęło w nocy po jednej stronie Jeziora Maltańskiego. "Wybieraj" - odpowiedział drugi brzeg. Oba hasła zaproponowała publiczności Akademia Ruchu w akcji "Wyraźnie. W milczeniu". To nie pierwszy raz, kiedy warszawscy artyści lapidarnie i trafnie definiują to, co okazuje się na festiwalu najważniejsze, kiedy stają się niejako logo Malty, ale dziś grupa Wojciecha Krukowskiego zaprasza do wspólnego działania. To widzowie pomagają w zapalaniu lampionów, które ułożą się w litery. Do nich adresowane jest przesłanie, którego ponurym dopełnieniem staje się druga akcja AR - "Chińska lekcja".

Pojęcia "solidarność", "wolność", "demokracja" brzmią tu w egzotycznym języku równie obco i tajemniczo, jak w ustach polityków. W tym samym czasie, kiedy jeden z aktorów cienkim od helu głosikiem wygłasza wodzowskie exposé pachnące Orwellem, a widownia się śmieje, prawdziwe dzienniki podają informacje o zmianie na stanowisku premiera polskiego rządu. Zbieżność zdarzeń nie jest przypadkowa.

Eksperyment zbiorowy

Społeczne i polityczne zaangażowanie teatru ma dziś zupełnie inny charakter niż przed laty. To, że język jest lżejszy, mniej czarno-biało-czerwony, wcale nie świadczy jednak o tym, że rzecz traktuje się niepoważnie. Kolorów nam się po prostu namnożyło. Oto "Nauka latania" poznańskiego Teatru Strefa Ciszy. Część widzów zaproszona zostaje do samego środka przedstawienia, którego scenografię stanowi strażnicza wieżyczka nieco przypominająca serce karuzeli oraz krąg metalowych łóżek przykrytych burymi derkami, które przy dużej dozie dobrej woli można uznać za siodełka. Widzowie zastają zapięci w łóżkach łańcuchami, ale zdają się tego nie widzieć, bo właściciele "niewesołego" miasteczka łudząco podobni do więziennych strażników częstują ich chrupkami kukurydzianymi, zapraszają do puszczania baniek mydlanych i składania samolocików z białych kartek, obdarowując miękkimi poduszkami, zachęcają do poduszkowej wojny.

Cóż z tego, że w trakcie trzeba pokazać ręce, uszy, szyję i włosy, czy aby czyste. Cóż, że paczki chrupek rozrzucane są jak pasza dla trzody? Cóż, że cichutko, dyskretnie odbywają się dezynfekcje i rewizje? Cóż, że strażnicy mają czarne mundury, czapki i pałki? Zabawa jest przecież świetna, niewinnie wspomagana katarynkową muzyczką i kolorowymi światełkami, a nawet fajerwerkami i maską nieco skarlałego św. Mikołaja. W finale spektaklu powrót do rzeczywistości okazuje się po prostu wyjściem na więzienny spacer. Czy widzowie będą po "Nauce latania" mniej skłonni do konformizmu, do łapania się na lep tanich obietnic i przywilejów niepostrzeżenie ograniczających wolność, czy świadomiej dokonają wyborów: politycznych, zawodowych, osobistych? Nie wiem. Ale przecież nigdy teatr nie zmieniał świata. Dawał sygnał, ostrzegał, budził refleksję. Dziś poddaje widzów eksperymentowi, jakby mówił: stępiały wam zmysły, świat was nie drażni, więc my was musimy podrażnić, obudźcie się, rozejrzyjcie, pomyślcie i zróbcie coś ze sobą i światem. Weźcie na siebie odpowiedzialność.

Sądy doraźne i ostateczne

Do zajęcia stanowiska zmuszał widzów monodram Macieja Adamczyka z Teatru Porywacze Ciał zatytułowany "Very". Publiczności wyznacza się symbolicznie miejsce za weneckim lustrem. Rekwizyty w tym spektaklu staną się dowodami rzeczowymi, a akcja zamieni w wizję lokalną. Bohater - chłopak zgarnięty z ulicy podczas joggingu - który bezskutecznie i bezczelnie domaga się przesłuchania, znajdzie teczkę, a w niej odkryje coś, co sprawi, że przyzna się przed nami do wszystkich swoich win: był najpopularniejszym sportowcem w podstawówce, uwielbiał Bruce'a Lee, wyszedł któregoś ranka w koszuli nocnej przed dom, a drzwi się zatrzasnęły, sąsiedzi byli czujni, uprawiał albo chciał uprawiać seks... Zabił? Na czarnych deskach sceny układa się ciało aktora, który rozsypuje wokół mąkę, jakby zarysowywał kredą kształt własnych zwłok. Raz, drugi, trzeci... Ile razy można umrzeć? Kto jest ofiarą, a kto mordercą?

Czy potrafimy osądzić na podstawie dyplomu, zdjęć karateki, główki lalki, noża i poduszki? Czy mamy swoje czarne teczki, czarne skrzynki, czarne myśli? Co z nimi robimy? Schowaliśmy je dostatecznie głęboko? Sądźcie - pozwala nam bohater spektaklu. Ale najpierw pomyślcie chwilę nad światem, w którym spektakularnym procesom o molestowanie podwładnych czy nieletnich towarzyszą milczące przyzwolenia na trwanie takich procederów; nad światem, w którym brakowi tolerancji próbuje się przeciwstawić zgodę na przekroczenie każdego tabu. Gdzie jesteście w tym świecie? Kim jesteście? Zanim odpowiecie głośno, zanim weźmiecie udział w marszu "za" albo "przeciw", zapytajcie siebie szczerze, uczciwie, do bólu.

Te spektakle wrócą do nas tym bardziej, im bardziej tego nie chcemy. Może wtedy przypomnimy sobie lampion, paczkę chrupek kukurydzianych, list albo mąkę. Poznajemy. Wybór należy do nas.

Offeusza - maltańską nagrodę "Gazety Wyborczej", którą przyznaje festiwalowa publiczność - dostała Grupa Wizyjna "Dżak Nikolson" za "Przebudzenie" - spektakl będący i działaniem artystycznym i terapeutycznym: pozwala bezdomnym wrócić do społeczeństwa