Tragedia rosyjskiego Airbusa

Co najmniej 124 osoby zginęły wczoraj o świcie w płomieniach trawiących airbus A-130 na lotnisku w Irkucku. Na pokładzie było dwoje Polaków, którym udało się ujść z życiem. - Siedzieliśmy w przedostatnim rzędzie. To nas uratowało - mówią

Lecący z Moskwy samolot rosyjskich linii Sibir lądował przy niezwykle trudnej pogodzie - w gęstej mgle, ulewnym deszczu oraz przy silnej wichurze. Wieża kontrolna skierowała pilotów na pas rezerwowy, bo inne były najprawdopodobniej zajęte przez samoloty, które czekały ze startem na poprawę warunków atmosferycznych.

Tragedia zaczęła się na ziemi. Kiedy pasażerowie byli już pewni, że są bezpieczni, rozpędzony samolot nagle zboczył z pasu, na którym wcześniej lądował. - Wyjechał poza pas i prawym skrzydłem uderzył w budynki. Nas tylko trochę wyrzuciło do przodu - wspominał Tomasz Gorzkiewicz, który był na pokładzie airbusa. Ok. godz. 8 czasu lokalnego (godz. 1 w Polsce) maszyna rozbiła betonową barierę, a potem wpadła na garaże oraz inne budynki, które - wbrew standardom międzynarodowym - stoją tuż przy pasie startowym.

Ci, którzy byli w środku, pamiętają nagły wstrząs, mnóstwo czarnego dymu i przerażający gorąc. Wskutek zderzenia z budynkami zapaliły się zbiorniki z paliwem, a chwilę potem cały samolot.

- Straciłam przytomność. Kiedy się przebudziłam, ze wszystkich sił biegłam przed siebie do wyjścia bezpieczeństwa. Udało mi się wyskoczyć - opowiadała wczoraj w rosyjskiej TV Margarita Swietłowa. Od wstrząśniętych pasażerów, którzy ocaleli, nie sposób usłyszeć obszerniejszych relacji.

Na pokładzie były 204 osoby (łącznie z załogą). Szanse na przeżycie mieli wyłącznie ci, którzy siedzieli w tylnej części samolotu, bo tam najpóźniej dotarły płomienie. Opowiadają o młodej stewardesie, która błyskawicznie wypchnęła drzwi, wyrzuciła trap i sprawnie koordynowała ucieczkę przed ogniem. Zawiodła natomiast sprężarka, która powinna automatycznie nadmuchać trap, i dlatego część ocalałych połamała nogi, wyskakując niemal bezpośrednio na ziemię.

Oprócz 11 osób, które samodzielnie uciekły z samolotu, ratownicy zdołali wyciągnąć jeszcze 62 osoby - ponad 50 z nich do wczorajszego wieczora leżało w irkuckich szpitalach. Reszta pasażerów i członków załogi airbusa zginęła w ogniu. Nie wiadomo, ilu straciło przytomność wskutek uderzenia, a ilu dusiło się dymem ogarniającym airbusa. Pożar wraka samolotu gaszono ponad 3 godziny. Wśród ofiar śmiertelnych była co najmniej połowa z 14 dzieci podróżujących z Moskwy na wakacje nad Bajkałem. Zginął też lokalny dygnitarz, szef Federalnej Służby Bezpieczeństwa w Irkucku, co daje nadzieje na wnikliwe śledztwo w sprawie przyczyn katastrofy.

Z płonącego samolotu wydostało się też dwoje Polaków z Kalisza (Aldona Widawska oraz Tomasz Gorzkiewicz), którzy lecieli do Irkucka, by tam przesiąść się do pociągu i dotrzeć na wakacje w Mongolii. Mężczyźnie nic się nie stało, a kobieta ma zwichnięta bądź nadłamaną kostkę z powodu skoku na nienadmuchany trap. Ostatnią noc Polacy spędzili w irkuckim hotelu, choć w uzyskaniu darmowej pomocy lekarskiej oraz noclegu musiał im pomagać polski konsul. Dla rosyjskich linii lotniczych nie było to oczywiste.

Specjaliści nie zdołali dotychczas ustalić przyczyn katastrofy, choć wśród tych najbardziej prawdopodobnych jest błąd pilota bądź wada systemu hamulcowego w airbusie. Część ekspertów żąda modernizacji lotniska w Irkucku, które uchodzi za jedno z najtrudniejszych w Rosji. Piloci narzekają na otaczające je wzgórza oraz zabudowania przy pasach startowych. Podczas ostatnich 12 lat w trzech wielkich katastrofach lotniczych zginęło tam 300 osób.