Koniec pomarańczowej koalicji na Ukrainie

Pomarańczowa koalicja rozleciała się. Czy powstanie teraz rząd pomarańczowo-błękitny?

Najsłabszym ogniwem koalicji okazała się Partia Socjalistyczna, której szef Ołeksandr Moroz za wystawił do wiatru sojuszników i dzięki głosom prorosyjskiej Partii Regionów oraz komunistów stanął na czele Rady Najwyższej.

Nową koalicję rządową będzie teraz tworzyć Wiktor Janukowycz, faworyt Leonida Kuczmy w wyborach prezydenckich w 2004 r.

Do katastrofy koalicji doprowadziły osobiste ambicje i wzajemne animozje przywódców ugrupowań pomarańczowych, a także intrygi Janukowycza i jego Partii Regionów.

Moroz złamał wczoraj obietnice, jakie dwa tygodnie temu podpisując umowę koalicyjną złożył swoim towarzyszom z kijowskiego Majdanu. Wtedy trzy pomarańczowe frakcje w Radzie Najwyższej, czyli Blok Julii Tymoszenko (129 posłów), Nasza Ukraina (81) i Socjalistyczna Partia Ukrainy (33) po trzech miesiącach, które minęły od marcowych wyborów parlamentarnych i długotrwałych kłótniach, doszły do porozumienia w sprawie podziału stanowisk w parlamencie i przyszłym rządzie. Politycy ustalili, że premierem będzie Tymoszenko, a marszałkiem Rady Petro Poroszenko z Naszej Ukrainy.

Marszałek powinien być wybrany już 10 dni temu, ale przeszkodzili temu posłowie Partii Regionów blokując salę obrad Rady. Tłumaczyli, że chodzi im o uczciwy podział funkcji w komisjach parlamentarnych - taki, żeby część stanowisk przypadła przedstawicielom opozycji. Czas, na jaki sparaliżowali pracę izby wykorzystali jednak w innym celu i przeciągnęli na swoją stronę sporą grupę pomarańczowych posłów.

Dopięli swego i wczoraj mogli już ogłosić, że kończą blokadę Rady. Parlament po raz pierwszy od wyborów zaczął więc normalnie pracować. Ale na krótko. Moroz ogłosił bowiem, że jego ludzie łamiąc obietnice dane koalicjantom nie będą głosować na Poroszenkę. Przywódca socjalistów sam zgłosił swoją kandydaturę na marszałka.

Pomarańczowi partnerzy i część samych socjalistów uznało to za zdradę i przejście do wrogiego obozu. W roli Reytana wystąpił pierwszy sekretarz Rady Politycznej socjalistów, który na stronie internetowej swojej partii zamieścił komunikat: - "Ja, Iosyp Winski, podaję się do dymisji w związku z tym, że przywódca partii Moroz w istocie rzeczy poparł plany rozbicia koalicji sił demokratycznych". Dotychczasowy najbliższy współpracownik Moroza oskarżył go i część partyjnych kolegów o zdradę i dążenie do stworzenia nowej koalicji większościowej z komunistami i Partią Regionów.

Poroszenko wycofał swoją kandydaturę i do tego samego namawiał z sejmowej trybuny Moroza. Na próżno. Szef socjalistów od dawna marzył o tej funkcji i nie ukrywał tego. Kilka tygodni temu powiedział mi w Radzie, że to na pewno on będzie przewodniczącym parlamentu. Nie krył też swojego wrogiego stosunku do Tymoszenko i Poroszenki. Mówił, że jeśli Tymoszenko zostanie premierem, a Poroszenko marszałkiem, to wyjdzie z tego "mieszanka piorunująca, która rozwali Ukrainę".

Regiony wystawiły swojego kandydata na marszałka. Ale tylko była tylko zmyłka. Jeszcze przed głosowaniem Janukowycz powiedział bowiem, że "tylko Moroz jest zdolny zjednoczyć wszystkich Ukraińców".

Wszyscy posłowie, którzy wczoraj późnym wieczorem zostali w Radzie (prawie nikt z Bloku Julii Tymoszenko i Naszej Ukrainy nie wziął udziału w głosowaniu) poparli Moroza. Otrzymał 238 głosów (minimalna większość w Radzie to 226) od socjalistów, komunistów, Regionów i dwóch deputowanych Naszej Ukrainy, którzy łamiąc dyscyplinę partyjną wzięli udział w wyborach.

Zaraz po ogłoszeniu wyników Roman Zwarycz, wiceprzewodniczący parlamentarnej frakcji Nasza Ukraina, zapowiedział, że jej posłowie zbiorą się dziś, by "podjąć decyzję o wycofaniu się z koalicji sił demokratycznych". Pytany o to, czy jego ugrupowanie wejdzie teraz w skład innej koalicji, Zwarycz wykluczył udział swoich posłów w koalicji w której jest "partia Moroza".

Wczorajszy alians Janukowycza z Morozem wcale nie oznacza, że Partia Regionów myśli o budowaniu nowej koalicji z komunistami i socjalistami, z którymi miałaby w sumie około 240 głosów. Trzonem tego ugrupowania sa przecież oligarchowie z klanu donieckiego, którym z takimi sojusznikami zupełnie nie po drodze.

Teraz więc wróci pewnie idea stworzenia tzw. szerokiej koalicji błękitno-pomarańczowej Regionów z Naszą Ukrainą Juszczenki, która dysponowałaby ponad 260 głosami. Taki alians oznaczałby jednak, że premierem nie będzie Tymoszenko, lecz albo Janukowycz, albo pełniący dziś obowiązki szefa rządu Jurij Jechanurow.