Renault-Nissan na odsiecz General Motors?

Jeden z głównych akcjonariuszy koncernu General Motors chce, by amerykańska firma szukała pomocy... u francuskiego Renault. - Jesteśmy gotowi na taką współpracę - odpowiada zarząd Renault

Miliarder Kirk Kerkorian, jeden z głównych akcjonariuszy amerykańskiego koncernu General Motors, chce, by pogrążony w kłopotach GM poszukał pomocy u Renault. Pierwsze doniesienia o tym pojawiły się już w piątek. Kerkorian zaproponował, by GM - legenda amerykańskiej motoryzacji - dołączył do istniejącego od siedmiu lat tandemu Renault-Nissan.

Potwierdzenie tych informacji przyszło w sobotę. Japońska agencja Kyodo poinformowała, że mariaż GM z Renault-Nissanem polegałby na wspólnym przejęciu przez tych ostatnich 20 proc. udziałów w GM. A z centrali Renault w podparyskim Boulougne Billancourt poszedł w świat komunikat: - Sojusz Renault-Nissan jest otwarty, w odpowiednich okolicznościach może zostać rozszerzony. Konieczna jest jednak zgoda zarządu General Motors i jego pełne poparcie, by ten projekt można było przestudiować.

W chwili zamknięcia tego numeru "Gazety" ostateczna odpowiedź kierownictwa GM nie była jeszcze znana. Wiadomo było jednak, że prezes Rick Wagoner zwołał nadzwyczajne posiedzenie zarządu.

Gdyby faktycznie doszło do powstania sojuszu Renault-Nissan-General Motors, układ sił w światowej branży motoryzacyjnej by się zmienił.

Renault-Nissan produkuje rocznie ponad 6,1 mln samochodów (o 2,2 mln mniej niż General Motors), co daje mu "tylko" czwarte miejsce. Ale w odróżnieniu od amerykańskich konkurentów Renault-Nissan jest maszyną do robienia pieniędzy. Zysk netto w 2005 r. wyniósł 3 mld euro. Paradoksalnie dwie trzecie z tej sumy wypracował Nissan, który w 1999 r. nie ogłosił bankructwa tylko dlatego, że Renault zapłaciło jego rachunki.

Takiej pomocy, jakiej kiedyś Francuzi udzielili Nissanowi, teraz potrzebuje General Motors. Firma, która jeszcze do niedawna była symbolem gospodarczej potęgi Stanów Zjednoczonych, teraz jest w tarapatach. Toyota właśnie odebrała mu tytuł największego koncernu samochodowego świata, wiele modeli źle się sprzedaje, a łączne straty w 2005 r. przekroczyły 10,6 mld dolarów (na co w dużym stopniu zapracowała europejska filia - Opel). Sytuacja GM jest na tyle rozpaczliwa, że firma do 2008 r. zamknie aż 12 fabryk.

GM ma już za sobą doświadczenie współpracy z europejskim koncernem - krótki romans z Fiatem okazał się jednak zupełnym niewypałem. Dlaczego więc udziałowiec, multimiliarder Kir Kerkorian (posiada 9,9 proc. akcji firmy), chce, by GM ratował sojusz z Renault-Nissanem?

Bo ten model współpracy się sprawdził. Inaczej niż inne koncerny (np. niemiecki Daimler, który połknął amerykańskiego Chryslera, a potem przez ponad dwa lata zmagał się z kłopotami wywołanymi różnicą firmowych "kultur pracy") Renault nie dokonało klasycznej fuzji z Nissanem. Francuzi wyłożyli pieniądze (objęli 44,4 proc. udziałów w Nissanie), dali na szefa swojego najlepszego człowieka Carlosa Ghosna, umówili się co do wspólnych zamówień u kooperantów i ustalili, jakie elementy (np. podwozie i silniki) będą robić wspólnie. Co do reszty - zostawili Japończykom wolną rękę. Image obu marek nie został naruszony, obie firmy wybrały inne specjalizacje. Gros zysków Renault pochodzi dziś ze sprzedaży tzw. vanów i minivanów (modele Modus, Scenic i Espace), podczas gdy silną stroną Nissana pozostają samochody typu SUV (sportowe terenówki), luksusowe (marka Infinity) oraz auta z napędem na cztery koła (np. Patrol).