Merrill Lynch: Spokojnie, to nie koniec hossy

Ostre załamanie cen akcji trwające od połowy maja zmroziło inwestorów na młodych rynkach, w tym w Warszawie. Czy to definitywny koniec hossy? Fundusze Merrill Lynch twierdzą, że to okazje do zakupów. - Fundamenty ekonomiczne Polski pozostają bardzo silne - przekonuje Sam Vecht z Merrill Lynch.

Od szczytu hossy z 11 maja indeks dwudziestu największych i najbardziej płynnych spółek WIG20 stracił na wartości ponad 20 proc. Giełda przeżyła jedne z najbardziej dramatycznych sesji, podczas których ceny akcji jeździły jak windy w drapaczu chmur. Przykładowo potężny miedziowy KGHM potaniał w miesiąc o blisko 50 proc., aby w kilka dni później zyskać ok. 20 proc. Ceny akcji tonęły także na innych młodych rynkach w naszym regionie np. w Pradze i Budapeszcie. Zagraniczni inwestorzy w kilka tygodni wypłacili z funduszy operujących na młodych rynkach ponad 10 mld dol., z czego kilkaset milionów przypadło na Polskę. W ten sposób podcięli skrzydła trwającej trzy lata hossie, która w tym czasie podbiła ceny największych spółek średnio o 200 proc.

Inwestorzy i analitycy przestraszyli się, że to koniec hossy. Łamią sobie głowę, jaka przyszłość czeka rynki akcji, które znalazły się w opałach na skutek rosnącej ceny kredytu na świecie, która grozi spowolnieniem globalnego wzrostu gospodarczego i osłabieniem tempa rozwoju spółek. Okazuje się jednak, że na rynku nie brakuje optymistów, takich jak fundusze Merrill Lynch, które wręcz traktują ostatnią wyprzedaż akcji na wschodzących rynkach europejskich, w tym w Polsce, jako szansę na zakupy. Stawia na to, że wschodzące gospodarki będą rozwijać się szybciej niż dojrzałe Europy Zachodniej. Zdaniem Merrill Lynch, zarządzającego na świecie ponad pół bilionem dolarów, stabilizacja na światowych rynkach finansowych pomogłaby w przywróceniu poprzedniego trendu zwyżkowego na polskim rynku.

Tomasz Prusek: Co się ostatnio wydarzyło na rynkach wschodzących?

Sam Vecht, starszy menedżer inwestycyjny z Merrill Lynch specjalizujący się w emerging markets w Europie: Wyprzedaż akcji była spowodowana tym, że inwestorzy bardziej skoncentrowali się na ryzyku, a nie na możliwości zarobku. Dotyczyło to nie tylko Polski czy Europy, ale całego rynku. Jednak fundamenty młodych rynków w Europie pozostają bardzo silne: wyceny są o wiele bardziej atrakcyjne niż były wcześniej, firmy radzą sobie dobrze, a wzrost gospodarczy jest kontynuowany. Jeśli jesteśmy w stanie zignorować możliwość zewnętrznego szoku w rodzaju np. III wojny światowej lub wybuchu bomby atomowej na ulicy Nowy Świat w Warszawie, to powinniśmy być nadal raczej pozytywnie nastawieni do młodych rynków.

Czy mamy szansę na kontynuowanie hossy w Polsce?

Myślę, że tak. Nie prognozujemy, że jutro ceny muszą iść w górę. Patrzymy na perspektywę roku, dwóch, trzech lat, a ta jest dla Polski dobra. Fundamenty ekonomiczne pozostają bardzo silne: 5 proc. wzrost gospodarczy, niska inflacja, spadające bezrobocie, wysoka sprzedaż detaliczna, rosnąca produkcja przemysłowa i optymizm wśród konsumentów. To stwarza optymistyczną perspektywę dla rynku.

Jakie znaczenie dla zagranicznych inwestorów mają napięcia polityczne w Polsce?

Wszyscy ludzie we wszystkich krajach myślą, że jest u nich najgorsza infrastruktura drogowa i najgorszy rząd. Wszędzie sądzi się, że politycy są przerażający. My uważamy, że Polska jest bardzo stabilnym krajem. Świadczą o tym polskie wskaźniki ekonomiczne. Włochy od 1945 roku w ciągu pięćdziesięciu lat mieli pięćdziesiąt rządów. Ich wzrost gospodarczy jest szybszy niż w Wielkiej Brytanii, gdzie rządy są o wiele bardziej stabilne.

Jak bardzo w świadomości zagranicznych graczy trzy kraje naszego regionu Europy są powiązane?

Jeśli ktoś interesuje się sektorem naftowym w Europie Środkowej, to zadaje sobie pytanie, czy ma kupić węgierski MOL czy polski PKN Orlen. Coraz mniej ludzi mówi, że jest np. dobrze nastawiona do Polski jako do kraju, a bardzo źle do Węgier. Ale takie podejście wciąż występuje.