''Słowik'' uniewinniony

Nie ma dowodów, że Andrzej Z. ?Słowik? kupił za 150 tys. dol. ułaskawienie u urzędników kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy.

Wczoraj warszawski sąd uniewinnił od tego zarzutu "Słowika", jednego z liderów "Pruszkowa". - Będziemy walczyć dalej. Smutno się żyje w kraju, gdzie jeden z największych gangsterów publicznie przyznaje się do łapówki, a pozostaje bezkarny - mówił po wyroku prok. Cezary Przasnek.

Do czego pił prokurator? Gdy po rozgromieniu przez CBŚ "Pruszkowa" w 2000 r. "Słowik" ukrywał się w Hiszpanii, to w Polsce wyszła jego autobiograficzna książka. Przyznał w niej, że w 1993 r. kupił ułaskawienie. Ta historia już kilka miesięcy wcześniej przetoczyła się przez media.

Sędzia Ewa Marcjoniak przypomniała wczoraj kilka faktów. W 1986 r. "Słowika" skazano za włamania na sześć lat więzienia i grzywnę. Na Boże Narodzenie 1989 r. wyszedł na pięciodniową przepustkę, z której już nie wrócił. Niespełna trzy lata potem osobiście zwrócił się do sądu, prezydenta Lecha Wałęsy i sekretarza stanu w jego kancelarii Lecha Falandysza z prośbą o ułaskawienie. Sąd prośbę poparł, prokurator generalny był przeciw (chciał, by skazany spłacił grzywnę i odsiedział jeszcze dziewięć miesięcy). W październiku 1993 r. prezydent akt łaski podpisał - "Słowik" dostał warunkowe zwolnienie.

O "Słowiku" zaczęło się głośno mówić dopiero, gdy "Pruszków" wyrósł na najpotężniejszą grupę przestępczą w Polsce. Stąd dziennikarskie, a potem prokuratorskie śledztwo w sprawie łaski. Prokuraturze nie udało się wykryć, czy, kiedy i kto z kancelarii wziął pieniądze od "Słowika" lub jego pośrednika. Wątek urzędników kancelarii, którzy mieliby wziąć za łaskę łapówkę, został umorzony i nikt do niego nie wraca.

"Słowikowi" prokuratura zdecydowała się postawić zarzut wręczenia łapówki. Dlaczego? Bo "Masa", gangster, a dziś świadek koronny obciążający kompanów z "Pruszkowa", opowiedział, że słyszał, jak "Słowik" łapówką się chwali. "Masa" brał też udział w bankiecie, na którym wznoszono toasty za zdrowie Lecha Falandysza i szefa kancelarii Mieczysława Wachowskiego. Są też zeznania "Żaby", jednego z członków "Pruszkowa", który słyszał takie same przechwałki "Słowika" i kolejnego koronnego Piotra P., który zeznał o "dojściach "Pruszkowa"" w kancelarii. Tak doszło do poszlakowego procesu.

Proces zaczął się kilka miesięcy temu od oświadczenia "Słowika", że wzmianka w jego książce to "literacka fikcja". Z kolei wczoraj zeznania "Masy" sędzia wypunktowała tak: nie był uczestnikiem ani naocznym świadkiem wręczenia łapówki; nie pamięta, czy bankiet był w 1994, czy w 1995 r.; inni jego uczestnicy zapamiętali, że to były imieniny, jaki zresztą był sens świętować ułaskawienie po dwóch latach; toasty za zdrowie prominentnych polityków dowodem na przekupstwo nie są.

I ciągnęła dalej: inny koronny (Piotr P.) mówi o zdarzeniach z lat 1997-98, co nie ma związku z tą sprawą. Zdarzały się w kancelarii interwencje Lecha Falandysza w sprawach o łaskę, ale nikt nie zapamiętał, by były w przypadku "Słowika". - Sedno sprawy tkwi nie w ilości, lecz w jakości poszlak. Brak jest dowodów, które by uzasadniały, że doszło do popełnienia przestępstwa - podsumowała sędzia Marcjoniak.

"Słowik" ubrany w czerwony drelich niebezpiecznego więźnia nie zareagował. Na karku ma sześcioletni wyrok za założenie "Pruszkowa", sprawę o rozboje z czasów warunkowego zwolnienia, a przede wszystkim zarzut podżegania do zabójstwa gen. Marka Papały.