Mąż stanu ogromny

Pielgrzymka papieska przyćmiła ważną rocznicę kościelną, choć papież wspomniał o niej w Warszawie. W niedzielę minęło 25 lat od śmierci prymasa Stefana Wyszyńskiego.

Entuzjastą odnowy soborowej nie był, choć rozumiał potrzebę niektórych zmian. Nie doceniał też roli kościelnej inteligencji, intelektualistów, stawiał na katolicyzm ludowy. Niemniej był przywódcą naszego Kościoła genialnym. W latach stalinowskich bronił niezależności instytucji kościelnych przed władzą totalitarną, za co został w 1953 r. na trzy lata internowany.

Wykazywał dużo większą niezłomność niż większość Episkopatu, który po jego aresztowaniu podpisał oświadczenie wiernopoddańcze. W latach późniejszych, za pontyfikatu papieża Pawła VI (1963-68), przeciwstawiał się równie zdecydowanie naciskom z Watykanu, który chcąc się dogadać z reżymami komunistycznymi, skłonny był pójść na duże ustępstwa. W tym wszystkim wykazywał nie tylko odwagę, ale i rozwagę, skłonność do kompromisu.

W 1950 r. zawarł z komunistami porozumienie bardzo ugodowe (rozzłościło kardynała Sapiehę), traktując to jako element gry taktycznej - żeby nie mówili, że jest awanturnikiem. W 1956 r., obawiając się interwencji sowieckiej, działał uspokajająco na zrewolucjonizowane środowiska, udzielił poparcia popaździernikowej ekipie Gomułki.

W 1965 r. miał początkowe opory wobec orędzia biskupów polskich do niemieckich ze słowami "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie" - dzieła kardynałów Kominka i Wojtyły. Zapewne jako przewidujący polityk słusznie się obawiał, że władza ludowa zagra na uczuciach narodowych przeciw Kościołowi.

Nie był zapalonym reformatorem, ale gdyby nie on, nie byłoby co reformować. Kościół katolicki wyszedłby z czasu niewoli skompromitowany kolaboracją, bez autorytetu moralnego, jaki dał mu gnieźnieńsko-warszawski książę niezłomny, zaprawdę Prymas Tysiąclecia.