Nawrócony w slamsach Johannesburga

Od dziś w kinach nagrodzony Oscarem ?Tsotsi" Gavina Hooda. Szlachetny i fachowo nakręcony film, za którym stoi polski producent Piotr Fudakowski i Gavin Hood, brytyjski reżyser ?W pustyni i w puszczy"

Film traktuje o sześciu dniach z życia Tsotsi (Presley Chweneyagae), młodocianego opryszka ze slamsów Johannesburga. Tenże rani z pistoletu zamożną kobietę i kradnie jej samochód. Nie zauważa, że na tylnym siedzeniu leży niemowlę. Wymuszona opieka nad dzieckiem będzie początkiem jego wewnętrznej przemiany.

Już ten krótki opis sugeruje, że "Tsotsi" nie jest dziełem oryginalnym. Wybitnym również nie jest. Czym więc tłumaczyć deszcz nagród, jaki spadł nań na różnych kontynentach? Pewnie tym, że to kino wyraziście społeczno-problemowe, i to tyczące miejsca, od którego reszta świata na jakiś czas się "odwróciła", więc teraz ma poczucie winy. Spodobało się też pewnie optymistyczne przesłanie "Tsotsi", zresztą o charakterze uniwersalnym. Poza tym, zwłaszcza w przypadku Oscara, można chyba mówić o próbie wsparcia nowej, dopiero rozwijającej się kinematografii: w RPA kręci się teraz sporo zachodnich filmów, zarówno z powodu cudownych plenerów, jak i niezłej bazy technicznej.

Ze schematyzmu "Tstotsi" łatwo byłoby kpić. No bo ile już oglądaliśmy filmów o młodziaku, który zszedł na złą drogę, bo miał ciężkie dzieciństwo - stracił matkę i uciekł od niesympatycznego ojca. Ale jest tu coś, co właściwie te kpiny uniemożliwia - od tego filmu tchnie szczerością. Tu nikt niczego nie udaje pod publiczkę. Ma się wrażenie, że jego autorów boli to, o czym opowiadają. Nie przypadkiem "Tsotsi" jest "oprawiony" muzyką kwaito - to taki tamtejszy hip-hop, protest wykrzyczany na pięciolinii.

Choć powieść Athola Fugarda (1980, wkrótce ukaże się po polsku), z której "Tsotsi" się wywodzi, rozgrywa się w latach 50., to na ekranie mamy RPA teraźniejsze. Pokazane jako kraj kontrastów - kamera interesuje się zarówno mieszkańcami bidenwilli, jak i posiadaczami wypasionych beemek. Co ciekawe, i jedni, i drudzy są czarnoskórzy.

Sugestia, jak dojść do lepszego życia, jest tu jednak wyraźna - nie pistoletem. Jednego z członków bandy Tsotsiego zwą Studentem. On wybrał właściwą drogę, choć na razie mu się nie udało. Może się jednak podźwignie. Symboliczny charakter ma postać filmowej Miriam (Terry Pheto) - młodej wdowy i samotnej matki - którą Tsotsi prosi o pomoc w opiece nad niemowlakiem. Ona, mimo życiowego znoju, nie poddaje się. Zarabia szyciem, stara się, by jej dom był dobrym miejscem.

Miriam jest trochę jak dobra wróżka z baśni. Ale baśniowych przebłysków znajdziemy tu więcej - slamsy, nad którymi unosi się dym z kominów, są czasem filmowane tak, jakby były jakąś cudowną krainą. Niczym dzielnica nędzy w "Cudzie w Mediolanie" De Siki.

Nie sposób nie wspomnieć o reżyserskiej biegłości Gavina Hooda. W Polsce go już znamy, nakręcił "W pustyni i w puszczy". Porządnie inscenizuje, umie utrzymać spójny ton filmu i zapanować nad jego rytmem. To niezły fachura. Po Oscarze Hollywood pewnie otworzy przed nim podwoje. A znając intelektualny wykwint tamtejszych producentów, zaproponują mu fabułę o Robin Hoodzie.

Tsotsi

reż. Gavin Hood

RPA-Wlk.Brytania 2005