Czarnogóra proklamowała niepodległość

Dwa tygodnie po referendum parlament Czarnogóry w sobotę uroczyście proklamował niepodległość. Serbowie niechętnie godzą się z secesją ostatniej republiki byłej Jugosławii

W referendum za zerwaniem unii z Serbią opowiedziało się 55,5 proc. Czarnogórców. Już wtedy w niektórych urzędach poszły w górę czerwone flagi z dwugłowym orłem, jednak dopiero od soboty powiewają one legalnie. - Niech żyje Czarnogóra! - krzyknął wtedy właśnie, po odczytaniu oficjalnych formułek, przewodniczący parlamentu Ranko Krivokapić. Tłum na centralnym placu w Podgoricy, oglądający go na telebimie, odpowiedział mu gromkim "E viva Montenegro!". Fajerwerków tym razem nie było, bo lał rzęsisty deszcz.

Zgoła odmienna atmosfera panowała w Belgradzie, gdzie premier Vojislav Kosztunica dopiero w ostatni czwartek, z najwyższym z trudem wydusił z siebie zgodę na secesję Czarnogóry. - Mój rząd nie ma innego wyboru, niż ogłosić Serbię prawnym spadkobiercą unii - stwierdził ponuro.

Oba kraje skazane są na przyjaźń, ponieważ jedna trzecia mieszkańców Czarnogóry to Serbowie, a 200 tys. Czarnogórców żyje w Serbii. Czarnogórcy uspokajają Serbów, że w praktyce prawie nic się nie zmieni. Już wcześniej mieli przecież odrębne rządy, gospodarki, systemy prawne i waluty (Serbia - dinara, Czarnogóra - euro). Istniała nawet między nimi granica, na której pobierano cło. Wspólne były armia i polityka zagraniczna oraz to, że Serbia i Czarnogóra występowały wspólnie we wszelkich relacjach ze światem: w ONZ, w sporcie czy choćby w piosenkarskim konkursie Eurowizji.

Serbowie nadal będą mogli bez żadnych ograniczeń wjeżdżać do Czarnogóry. - Nawet jeśli Belgrad wprowadzi dla nas wizy, my tego nie zrobimy - mówił premier Milo Dziukanović. Byłoby to zresztą posunięcie samobójcze, bo czarnogórskie kurorty nad Adriatykiem żyją z serbskich turystów.

W ostatnich latach Serbowie i Czarnogórcy żyli zgodnie, a nieporozumienia pojawiały się wtedy, gdy musieli zrobić coś razem w świecie. Czarnogórscy politycy wierzą, że szybciej dostaną się do Unii Europejskiej bez Serbów, którzy ciągną za sobą balast nacjonalizmu i nieosądzonych zbrodniarzy wojennych. Z kolei dziewczęta z deptaku w Podgoricy wciąż rozprawiają o skandalu, jaki wybuchł przed tegorocznym konkursem Eurowizji. Serbia i Czarnogóra miały, jak zwykle, wystawić jeden zespół. W eliminacjach wygrał czarnogórski No name, ale Serbowie oskarżyli sędziów z Podgoricy o zmowę. Wszyscy wskazali No name, żeby pogrążyć zespoły serbskie. Belgrad zażądał powtórnego konkursu, ale Podgorica odmówiła i wybuchła awantura. W efekcie nikt, ani z Serbii, ani z Czarnogóry, na finał Eurowizji nie pojechał.