Krwawe walki w Mogadiszu

Już do ponad 120 wzrosła liczba zabitych w trwających od niedzieli ulicznych walkach w somalijskiej stolicy Mogadiszu

Toczą je między sobą wojska podległe muzułmańskim radykałom z Unii Sądów Szariackich i zwalczające ich oraz wspierane przez Amerykanów prywatne armie miejscowych watażków. Setki ludzi zostało rannych.

Ofiarą walk padają przede wszystkim cywile, którzy tysiącami uciekają z ogarniętych pożogą dzielnic, gdzie bojówki watażków i muzułmańskich trybunałów toczą bitwy na moździerze, wielkokalibrowe karabiny maszynowe i przeciwlotnicze działka zamontowane na samochodach terenowych.

Według somalijskich dziennikarzy górą w wojnie są milicje muzułmańskich trybunałów, które pod koniec ubiegłego roku zaczęły zaprowadzać w Mogadiszu surowe rządy szarijatu. Unia Sądów Szariackich kontroluje trzy czwarte miasta i prawie wszystkie porty kraju, dzięki czemu zdobywa pieniądze. Unię popiera też większość mieszkańców Mogadiszu udręczonych wojną i bezprawiem, a także stołeczni kupcy, którym handel z arabskimi krajami znad Morza Czerwonego utrudniają watażkowie i piraci.

Właśnie obawiając się, że pogrążona od 1991 r. w chaosie Somalia dostanie się pod kontrolę muzułmańskich radykałów, życzliwym al Kaidzie i wrogim Zachodowi, na początku lutego USA skłoniło grupę watażków z Mogadiszu do zawiązania Sojuszu na Rzecz Pokoju i Walki z Terroryzmem. W lutym, marcu i kwietniu w walkach między wojskami Unii Sądów i Sojuszu zginęło już kilkaset osób.

Amerykanie twierdzą, że Unia Sądów Szariackich ukrywa w Mogadiszu ściganych listami gończymi terrorystów, ale nigdy oficjalnie nie przyznali się do wspierania Sojuszu watażków. W środę Rada Bezpieczeństwa NZ zapowiedziała przeprowadzenie śledztwa, czy "jakieś państwa, wspierając któreś ze stron konfliktu w Mogadiszu, nie złamały międzynarodowego embarga na dostawy broni do Somalii".