USA: dożywocie za zamachy z 11 września

Zacharias Moussaoui, jedyny człowiek sądzony w USA za współudział w zamachach 11 września, wbrew oczekiwaniom nie został skazany na śmierć

Taki wyrok to niespodzianka. Większość obserwatorów procesu, podczas którego prokuratura praktycznie odtworzyła całą potworną tragedię zamachów 11 września, spodziewała się, że wśród przysięgłych zwycięży chęć "zadośćuczynienia" rodzinom ofiar. Ich krewni, często zapłakani, pełni bólu, nie tylko pilnie obserwowali proces, ale także na nim zeznawali.

Moussaoui już dawno temu przyznał się do uczestniczenia w spisku al Kaidy, więc przedmiotem procesu nie była jego wina lub niewinność. Przysięgli mieli stwierdzić jedynie, czy za współudział w spowodowaniu śmierci prawie 3 tys. ludzi, którzy zginęli 11 września 2001 r., powinien zostać skazany na śmierć, czy "tylko" na bezwarunkowe dożywocie. Ogłoszony wyrok późnym wieczorem czasu polskiego oznacza, że trafi do więzienia.

Podczas procesu Moussaoui wyraźnie wyolbrzymiał swoją rolę, głośno demonstrował nienawiść do Ameryki i naśmiewał się z rodzin ofiar 11 września, jakby chciał, by go skazano na śmierć i by przez innych muzułmańskich ekstremistów został uznany za męczennika "świętej sprawy".

Przekonywanie sędziów przysięgłych, aby nie spełniali życzenia Moussaouiego i nie robili z niego męczennika, było główną linią obrony adwokatów Marokańczyka.

Drugi wątek, który bez przerwy podkreślali obrońcy, to wątpliwości co do jego zdrowia psychicznego.

Jak ujawnił sąd, Moussaouiego nie skazano na śmierć, gdyż nie zgadzali się na to wszyscy przysięgli. Nie wiadomo, jaki był wynik głosowania przysięgłych, ale do ocalenia życia terrorysty wystarczył sprzeciw jednej osoby.

Z odczytanego werdyktu wynikało, że choć sędziowie przysięgli nie uznali go za chorego psychicznie, to wzięli pod uwagę jego tragiczne dzieciństwo we Francji i długą historię przemocy i chorób psychicznych w najbliższej rodzinie.

Przynajmniej trzech przysięgłych stwierdziło, że rola Moussaouiego w spisku 11 września była "mało znacząca".

Moussaoui to jedna z najbardziej tajemniczych postaci związanych z zamachami 11 września. Do dziś do końca nie wiadomo, jaka dokładnie miała być jego rola.

Marokańczyk z francuskim obywatelstwem został zatrzymany w sierpniu 2001 r. przez FBI w Minnesocie. Donieśli na niego ludzie z miejscowej szkoły pilotażu. Mówili, że zachowuje się dziwnie, interesuje się tylko tym, jak pilotować samolot pasażerski, a nie obchodzi go nauka startu czy lądowania.

Lokalni agenci FBI trzymali go za brak ważnej wizy i nie mogli rozgryźć. Komisja badająca, jak doszło do zamachów 11 września, stwierdziła potem, że sprawa dziwnego arabskiego kandydata na pilota utknęła w machinie biurokratycznej. Nie zdołano rozpatrzeć podania o rewizję w mieszkaniu Moussaouiego, gdzie był m.in. laptop potwierdzający jego kontakty z al Kaidą.

Po zamachach, gdy zauważono, że przeprowadziły je trzy pięcioosobowe grupy terrorystów al Kaidy i jedna grupa czteroosobowa, Moussaouiego uznano za "20. zamachowca". Dopiero kilka miesięcy później okazało się, że prawdziwy 20. zamachowiec nie został wpuszczony do USA po przylocie na Florydę, gdyż miał niewłaściwą wizę.

Podczas procesu Moussaoui zeznał, że 11 września jego zadaniem było porwanie piątego samolotu i uderzenie nim w Biały Dom. Ale w to stwierdzenie mało kto uwierzył.

- Amerykański rząd powinien postawić przed sądem prawdziwych architektów 11 września, a nie skupiać się na podrzędnych pomocnikach, takich jak Moussaoui - komentował wyrok Tim Roemer, członek komisji, która badała, jak doszło do zamachów. - Przecież w naszych rękach gdzieś w tajnym więzieniu CIA siedzi Chalid Szejk Mohammed, szef operacji wojskowych al Kaidy i pomysłodawca ataku porwanymi samolotami na obiekty na wschodnim i zachodnim wybrzeżu USA.