Berlin stoi na skraju bankructwa

Nie jesteśmy w stanie poradzić sobie z zadłużeniem miasta - przyznaje Klaus Wowereit, socjaldemokratyczny burmistrz Berlina, i żąda pomocy od państwa

Sytuacja miasta-landu jest katastrofalna. Długi Berlina sięgnęły kwoty 60 mld euro - to trzykrotna wysokość miejskiego budżetu. Samych odsetek Berlin musi w tym roku zapłacić 2,7 mld euro.

Jeśli nie dojdzie do sanacji berlińskiego budżetu, w ciągu trzech lat długi wzrosną o kolejne 10 mld euro, a land stanie przed widmem zapaści.

Burmistrz Wowereit poprosił o interwencję niemiecki trybunał konstytucyjny w Karlsruhe. Sędziowie właśnie zaczęli rozpoznawać sprawę. - Nie możemy dopuścić do tego, by Berlin stał się domem ubogich - mówił Wowereit, stojąc przed trybunałem i prosząc, by ten nakłonił rząd federalny do "wykazania solidarności związkowej", czyli do zwiększenia finansowej pomocy dla landu.

Spór z rządem trwa już czwarty rok. Już w 2002 r. senat Berlina stwierdził, że z zadłużeniem nie jest sobie w stanie sam poradzić, i wyciągnął rękę w kierunku budżetu federalnego. Jednak Hans Eichel, ówczesny minister finansów, powiedział berlińczykom "wara". Jego następca Peter Steinbrück zdania nie zmienił. Rząd znowu uznał, że Berlin dostaje rocznie z budżetu federalnego i od pozostałych landów 5 mld euro i musi sobie radzić sam.

Dlaczego w z pozoru dynamicznie rozwijającej się i zarazem jednej z najważniejszych metropolii Europy dzieje się tak źle? Wowereit wskazuje na przeszłość. - Druga wojna światowa i podział Niemiec spowodowały nadzwyczaj ciężkie obciążenia dla budżetu - wyjaśnia w trybunale.

Faktem jest, że przez 50 lat do podzielonego Berlina płynęła rzeka pieniędzy. Zarówno RFN, jak i NRD traktowały swoją część miasta jak okna wystawowe. Gdy runął mur berliński, w mieście rozpoczął się wielki boom inwestycyjny, ale nie udało się zapobiec całkowitemu upadkowi przemysłu we wschodniej jego części ani też ściągnąć z powrotem do Berlina koncernów, które miały tu siedzibę przed wojną.