Lekarze i pielęgniarki z żółtaczką odsunięci od zabiegów

- Pracowałam na bloku operacyjnym, teraz sprzątam jak salowa. Jak się nazywam? Nie powiem, bo to oznaczałoby dla mnie zawodową śmierć - mówi pielęgniarka, u której wykryto wirusa żółtaczki typu C

Szpital im. Jonschera w Łodzi wysłał 95 lekarzy i 180 pielęgniarek na test na żółtaczkę. Wirus zapalenia wątroby typu C (nie ma na niego szczepionki, często prowadzi do marskości i raka wątroby) wykryto u dwóch lekarzy, pięć pielęgniarek ma wirus B i C. Nosicielom dyrekcja ograniczyła miesiąc temu kontakty z pacjentami. Zarabiają tyle co wcześniej, ale mają inny zakres obowiązków. Są rozgoryczeni, mówią, że boją się środowiskowego ostracyzmu i wykluczenia z zawodu. - Mogę dotknąć pacjenta, posłuchać, obejrzeć zdjęcia rentgenowskie. Nie wolno mi wejść do sali operacyjnej, a praca przy stole to mój żywioł - mówi jeden z lekarzy. - Czy kogoś zaraziłem? To raczej mało prawdopodobne. Zdarza się, że w czasie zabiegu się skaleczę, ale to zwykle ja mam kontakt z krwią pacjenta, a nie on z moją.

- Zostaliśmy potraktowani jak trędowaci - twierdzi zakażona pielęgniarka.

Dyrekcja szpitala tłumaczy, że badanie przeprowadzono po to, by chronić się przed roszczeniami pacjentów. W Polsce rocznie zakaża się wirusem B lub C ok. 2,5 tys. osób, z tego 60 proc. w placówkach służby zdrowia. Szpital im. Jonschera podobnie jak inne w kraju ma kilka procesów o zakażenie wirusem typu C. W dwóch sprawach zapadły już nieprawomocne wyroki.

Jeden z pacjentów ma dostać 90 tys. zł odszkodowania choć szpital dowodził, że nie mogło w nim dojść do zakażenia. Biegły zapytał, czy pracowników szpitala badano na żółtaczkę. Nie, bo badania nie są wymagane. Sąd uznał więc, że nie można wykluczyć zakażenia od personelu. Przed apelacją dyrekcja postanowiła sprawdzić, czy taka wersja zdarzeń była możliwa. Izabela Czernielewska, dyrektor szpitala: - Żeby lepiej się bronić, chcieliśmy udowodnić, że nasi pracownicy nie są nosicielami żółtaczki.

Testy wykazały co innego. Teraz o losie zakażonych ma zadecydować prof. Daniela Dworniak, wojewódzki konsultant ds. chorób zakaźnych. - Nasze środowisko zawsze było bardziej narażone na zarażenie się tymi wirusami. Szacuje się, że problem dotyka co setnego pracownika służby zdrowia. Nikt się nie zastanawiał, co robić z tymi ludźmi. Presja pozwów o odszkodowania zmusza nas do rozwiązania tego problemu - mówi prof. Dworniak.

- Sprawa powinna być załatwiona na poziomie dyrektorów szpitali - ocenia Paweł Trzciński, rzecznik resortu zdrowia.

Dyrektorzy szpitali podkreślają, że nie ma żadnych przepisów, według których należy postępować.

- Bezpieczeństwo pacjentów i lekarzy jest bardzo ważne. Ale to nie dowód, że w łódzkim szpitalu słusznie postąpiono - uważa Konstanty Radziwiłł, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej. - Zanim zapadną wyroki, trzeba przygotować przepisy, które będą chronić pacjentów i lekarzy. Przecież lekarze zarazili się od pacjentów, którzy przyszli do szpitala nieświadomi, że są nosicielami wirusa. Przydałoby się też opracować standardy dotyczące personelu medycznego z żółtaczką, ustalić, jakie zabiegi można wykonywać, nie stwarzając zagrożenia.

W niektórych krajach - np. w Anglii - takie zasady już określono. Zakażeni są zobowiązani do szczególnej ostrożności, np. muszą zakładać dwie pary rękawiczek. Wiadomo, jakich zabiegów nie mogą przeprowadzać.

Na początek czerwca zaplanowane jest spotkanie wojewódzkich konsultantów ds. chorób zakaźnych. Prof. Dworniak zapowiada, że zaproponuje opracowanie zasad postępowania dla zakażonych.