Życie po Czarnobylu

Nie docierały do nas żadne informacje, choć z Kijowa do elektrowni w Czarnobylu jest ok. 50 km - wspominają mieszkańcy ukraińskiej stolicy, świadkowie czarnobylskiej katastrofy sprzed 20 lat

Tak wspominają mieszkańcy ukraińskiej stolicy, świadkowie czarnobylskiej katastrofy sprzed 20 lat. Przedstawiamy relacje trojga kijowian, dla których Czarnobyl był jednym z najważniejszych wydarzeń życia.

Tatiana Artuszewska

filolog, matka dwojga dzieci, nadal mieszka w Kijowie:

- Byłam w II klasie podstawówki. Przez trzy dni po wybuchu nie wiedzieliśmy, co się dzieje, blokowano wszelkie informacje. Dopiero 29 kwietnia przyznano, że w elektrowni wybuchł reaktor.

Dzień później całą naszą szkołę ewakuowano na wschód do obwodu dniepropietrowskiego. Przez dwa i pół miesiąca mieszkaliśmy w obozie pionierskim Orlionok. Akcja była dobrze zorganizowana, chyba wykorzystano plany ewakuacji ludności opracowane na wypadek wojny.

Ewakuacja była przymusowa. Całymi klasami odprowadzano nas na dworzec, gdzie czekały pociągi. Ja i tak miałam szczęście, bo wyjechałam z siostrą i dwójką dzieci mojego ojczyma. Staraliśmy się trzymać razem. Rodzice musieli zostać w Kijowie.

Na dworcu w Dniepropietrowsku witano nas z orkiestrą, ale ludzie odsuwali się od nas, jakbyśmy byli trędowaci. Między sobą mówili, że "przyjechały dzieci Czarnobyla". Bali się, że mogą nam wyrosnąć rogi na głowie, że będziemy świecić po nocach.

Pobyt w obozie był nieprzyjemny, bo pod koniec ZSRR infrastruktura w takich instytucjach się sypała. Mama dzwoniła do nas co jakiś czas. Pytałam ją, jak wygląda Kijów. A ona odpowiadała, że strasznie jest obserwować wyludnione miasto. Przede wszystkim uderzało ją to, że w ogóle nie ma dzieci. Nie było śmiechu, wrzawy, zabawy w parkach, choć przecież właśnie wybujała wiosna.

Po całym Kijowie od świtu do nocy jeździły polewaczki, które strumieniami wody obmywały ulice, fasady domów, trawniki, tramwaje i drzewa. Nie wiem, czy coś to dało, ale chodziło o to, żeby zmyć radioaktywny pył.

Wróciłam do Kijowa w połowie lipca, ale miasto było jeszcze na wpół wymarłe. Jeśli ktoś mógł zostać u krewnych w innym regionie albo przenieść się do innego miasta, to nie wracał. Tak było przez kilka lat. Niektórzy wrócili dopiero po 1989 r., gdy rozpad ZSRR wisiał już w powietrzu i coraz głośniej mówiło się o niepodległości Ukrainy. Niektórzy nie wrócili do dziś.

O Czarnobylu przypomniałam sobie dopiero w 1991 r. Miałam wtedy 13 lat. Pod koniec szkoły zrobiono nam standardowe próby gruźlicze. Zostaje po nich drobna blizna. Moja blizna nienaturalnie się powiększyła. Najpierw nie chciałam o tym mówić mamie, ale w końcu postanowiłyśmy iść do lekarza. Okazało się, że mam powiększone węzły chłonne. Zrobiono mi szczegółowe zdjęcia rentgenowskie.

Po miesiącu okazało się, że za płucami wyrósł mi rakowaty pęcherzyk. Pamiętam, jak lekarze mówili, że to na pewno efekt Czarnobyla. Wycięto mi go, zanim przyjął postać złośliwą. Przeszłam terapię hormonalną. Lekarze powiedzieli mamie, że kilka tygodni zwłoki i byłoby znacznie gorzej.

Rak jest moją pamiątką po Czarnobylu, którą zapamiętam na całe życie.

Witalij Portnikow

znany dziennikarz, dziś mieszka w Moskwie:

- Chociaż pochodzę z Kijowa, w połowie lat 80. studiowałem w Dniepropietrowsku. To kilka godzin pociągiem od Kijowa, więc prawie co weekend wracałem do domu. Sam wybuch w Czarnobylu zastał mnie na uczelni. Jak większość studentów chciałem wrócić do domu na weekend majowy, ale rodzice mieli wątpliwości. Prosili, żebym poczekał, aż sytuacja się wyjaśni. Po Kijowie krążyły już nieoficjalne wiadomości, że w Czarnobylu był wybuch, ale nie wiadomo było, jak duże jest zagrożenie.

Choć dziś może brzmi to śmiesznie, to wątpliwości moich rodziców rozwiał pochód pierwszomajowy. Na trybunie honorowej pojawił się ówczesny I sekretarz Komunistycznej Partii Ukrainy Wołodymyr Szczerbicki i cała partyjna wierchuszka. Rodzice uznali, że skoro pozwolono na pochód i pojawili się na nim przywódcy partyjni, to nie może się dziać nic strasznego. Nie wiem, czy tak bardzo ufali władzy, czy też uważali, że władza nie uczyni sobie krzywdy. Myślę, że raczej to drugie. Nie sądzili, że w trosce o karierę ktoś może narażać życie swoje, bliskich i tysięcy ludzi.

Szczerbicki umarł zresztą kilka lat później na nowotwór. Myślę, że w czasie tragedii czarnobylskiej kopał sobie grób. Zresztą już po katastrofie demonstracyjnie jeździł do Czarnobyla, spotykał się z ludźmi usuwającymi skutki katastrofy. Może chciał w ten sposób odkupić swą winę, że nawoływał do udziału w pochodzie.

W końcu przyjechałem do Kijowa 2 maja. Ale moje przygody na tym się nie skończyły, bo poczułem się bardzo chory. Miałem wysoką gorączkę i mdłości. Rodzice uznali, że to musi mieć związek z radiacją. Lekarze, którzy przychodzili do nas do domu, byli bezradni. Większość z nich na mój widok bladła. Mówili: - Nie wiedzą państwo, ile do nas przywożą teraz śmiertelnych przypadków? Pewnie syn tak reaguje na podwyższoną radiację. Na szczęście po kilku dniach stało się jasne, że mam różyczkę. Ale moja mama schudła o kilka kilogramów.

Pamiętam poczucie lęku, co będzie dalej. Plotki, że ludzie zaczynają masowo umierać w szpitalach. W pewnym momencie na ulice wyjechały auta myjące wszystko. Do sklepów rzucono kolosalne ilości bardzo taniego czerwonego wina. Oficjalnie mówiono, że działa korzystnie na zmniejszenie skutków radiacji, ale nie jestem pewien, czy nie chodziło o to, żeby poprawić ludziom samopoczucie.

Widziałem to wszystko z łóżka, bo chorowałem kilka tygodni. Wróciłem do Dniepropietrowska po miesiącu. Koledzy byli w szoku. Traktowali mnie jak człowieka, który powstał z martwych.

Pociąg, którym wracałem w do Dniepropietrowska, był wypełniony dziećmi. Ludzie masowo wyjeżdżali z Kijowa. Nie sposób było kupić żadnego biletu. Ale mimo to Kijów był pusty. Słoneczne miasto bez ludzi, bez dzieci. Nie zapomnę tego do końca życia.

Nie sądzę, że Czarnobyl był impulsem, który jakoś przebudził ludzi, przyśpieszył w ZSRR pierestrojkę i głasnost'. Ich główne założenia zostały ogłoszone przez Gorbaczowa przed katastrofą. Czarnobyl był przykładem, że system nie radzi sobie z nowym sposobem myślenia. I że na prowincję nowe trendy, nawet zatwierdzone przez biuro polityczne w Moskwie, trafiają z wielkimi oporami.

Dla wielu mieszkańców ZSRR szokiem było to, że znacznie pełniejszą informację o tragedii w Czarnobylu można było usłyszeć w Wolnej Europie, Głosie Ameryki niż w mediach radzieckich. Ale gdy niedługo potem doszło do straszliwego trzęsienia ziemi w Armenii, te same media radzieckie, które ukrywały prawdę o Czarnobylu, zareagowały w duchu głasnosti.

Leonid Finberg

kulturoznawca, wydawca kijowskiego pisma "Duch i Litera"

- Podczas tragedii w Czarnobylu byłem już dojrzałym człowiekiem. Zajmowałem się organizacją budowy elektrowni, więc miałem dostęp do ludzi mających bezpośredni dostęp do energetyki - w tym do fizyków jądrowych, również pracujących na potrzeby wojska, uznawanych wtedy za najbardziej wtajemniczonych i najlepiej poinformowanych.

Uderzało mnie to, że nawet bardzo kompetentni ludzie nie wiedzieli, co robić. Nie przepływały do nich wszystkie informacje. Trwało to tydzień albo dwa. Po tym czasie odesłaliśmy z żoną dzieci poza Kijów, choć większość ludzi zrobiła to wcześniej. Nie wierzyliśmy władzy. Taka była wtedy powszechna postawa kijowskiej inteligencji.

Moja żona jest lekarką, więc została w Kijowie. Na początku maja jak co roku obchodziliśmy jej urodziny. Pamiętam, że przy stole oprócz niej siedzieli sami mężczyźni. Wyglądało to surrealistycznie.

Naukowcy mówią dziś, że Czarnobyl nie miał tak straszliwych skutków medycznych, jak nam się to wówczas wydawało. Moim zdaniem ofiarami są jednak nie tylko ci, którzy zmarli czy zachorowali, ale także wszyscy odcięci od informacji, narażani na kłamstwa władz, niepewni, co stanie się jutro.

Nikt nawet nie spróbował nam odpowiedzieć na te pytania. 20 lat temu władza potraktowała ludzi jak bydło. Dla mnie najważniejsze przesłanie Czarnobyla polega na tym, żeby nigdy więcej się to nie powtórzyło.