Szkoda pieniędzy na Narodowy Instytut Wychowania

Wicepremier Zyta Gilowska blokuje powstanie Narodowego Instytutu Wychowania, bo pieniądze pójdą z budżetu, za który odpowiada rząd.

Ale potrzebna jest głębsza refleksja - czy Instytut w ogóle ma sens?

Polska szkoła potrzebuje odważnych decyzji. Ktoś powinien wreszcie naruszyć tabu 20-godzinnego pensum, nauczyciele powinni pracować więcej i wydajniej. Ale za większe pieniądze.

Trzeba stworzyć kulturę pracy zespołowej - u nas nauczyciel to samotnik, na świecie tworzy się jak najmniejsze szkoły, nawet dzieląc jeden budynek na części, żeby mieć zespoły nauczycielskie.

Trzeba wprowadzić do szkół nowoczesne techniki oceniania (tzw. kształtującego) i aktywne metody nauczania (zwłaszcza metodą projektów). To poprawi atmosferę, ułatwi pracę wychowawczą.

Trzeba się skupić na nauczaniu umiejętności, np. czytania ze zrozumieniem, zamiast pakować do uczniowskich głów tony informacji.

Trzeba stworzyć system zachęt do wyrównywania szans edukacyjnych i zatrzymać wyścig szkół, jaki uruchomiły państwowe egzaminy. Jak pokazuje przykład "Szkoły z klasą", wielu nauczycieli jest gotowych na takie wyzwania.

Tymczasem Instytut, projekt ideologiczny, będzie z wielkim zadęciem odwracał uwagę od problemów edukacji. Urzędnicy będą opracowywać modele wychowawcze, rozsyłać wytyczne z mniej lub bardziej delikatnymi sugestiami. Znów doradzą, by raczej wysłać dzieci na pielgrzymkę, niż zaprosić do szkoły Owsiaka. Dyrektorzy będą to czytać, zwykle ignorować, czasem wcielać w życie, zwoływać narady, powoływać zespoły.

Wiem, że kilkanaście milionów na Narodowy Instytut Wychowania to kropla w morzu edukacyjnych wydatków, ale lepiej te pieniądze wydać inaczej. Nawet kropla może drążyć skałę, ale także przelać czarę.