Fala represji na Białorusi

Sądy taśmowo skazują setki opozycjonistów na kary więzienia. Zrozpaczeni rodzice szukają dzieci uprowadzonych przez milicję i oddziały specjalne. Obrońcy praw człowieka oceniają, ze ofiarami represji padły już tysiące ludzi - Białorusini i obcokrajowcy

W Mińsku pod murem aresztu przy ulicy Akreścina zbierają się setki rodziców, którzy próbują przekazać paczki uwięzionym dzieciom, przeważnie studentom. Ci, którzy wiedzą, że to właśnie tu trzymają syna czy córkę, to jeszcze szczęśliwcy. W tłumie widać zapłakane matki z tabliczkami: "Szukam swojego dziecka". Opozycyjna Karta 97 na swej stronie internetowej pisze, że tych, którzy w czasie milicyjnych łapanek w ostatnich dniach przepadli bez wieści, są co najmniej dziesiątki.

Choć władze milczą na temat skali represji, to wiadomości na ten temat powoli zaczynają docierać do opinii publicznej.

- Wiemy już, że w po piątkowym ataku na miasteczko namiotowe młodych opozycjonistów na placu Październikowym aresztowano nie, jak się początkowo mówiło, 200 osób, lecz co najmniej 450 - mówi "Gazecie" Aleś Bielacki z Centrum Obrony Praw Człowieka "Wiesna". - Sporządziliśmy listę nazwisk i wciąż się ona wydłuża. W całym kraju w więzieniach siedzi około tysiąca ludzi. Liczba osób poszkodowanych w sobotnim ataku oddziałów specjalnych na demonstrantów na prospekcie Dzierżyńskiego jest też na pewno o wiele większa niż trzy, o których mówi się oficjalnie. Ludzi, którzy trafiali stamtąd do szpitali, rejestrowano jako ofiary wypadków czy awantur domowych. - W sumie liczba tych, którzy od początku kampanii prezydenckiej stali się ofiarami takich czy innych represji, idzie w tysiące - uważa Bielacki.

W przepełnionych więzieniach jest zimno, brudno i głodno.

- W celi strasznie śmierdzi. Siedziałyśmy we trzy: ja, pierwsza gwiazda gruzińskiej telewizji i Białorusinka - żona obywatela polskiego. Najgorsze było jedzenie. To, co nam dawali, było nie do strawienia. Na szczęście konsul przekazał nam paczki z żywnością. To nie było najgorsze doświadczenie w moim życiu, choć sam moment zatrzymania był upokarzający. Gdy nas zgarniali, milicjant uderzył mnie w głowę, bo nie opuściłam jej na czas. Wszyscy nam wymyślali, grozili - opowiedziała nam wczoraj Weronika Samolińska, dziennikarka "Gazety" skazana na dziesięć dni więzienia.

- Bardzo dokucza zimno. W naszej celi było wielkie okno i tylko maleńki kaloryfer - mówi dziennikarz telewizji rosyjskiej, Paweł Szeremiet, wypuszczony wczoraj z aresztu przy Akreścinie, gdzie siedział w jednej celi z Mariuszem Maszkiewiczem - byłym ambasadorem Polski w Mińsku - schwytanym w piątek, tak jak Weronika, w miasteczku namiotowym na placu Październikowym.

- Nasza cela była bardzo uprzywilejowana. Tylko pięć osób na ośmiu metrach kwadratowych. Bo i towarzystwo mieliśmy międzynarodowe: Polak, Rosjanie, Ukraińcy. W innych celach tłok jest trzy razy większy. Ale i nam przyszło, jak wszystkim, spać na gołych deskach, bez materacy i czegokolwiek do przykrycia się. Dawali nam taką kaszę, jaką moja babcia karmiła świnie. Na szczęście wasz konsul przyniósł paczkę Mariuszowi, a on się z nami podzielił. Dziś rano na śniadanie dostałem trzy cukierki z tej paczki - dodał Szeremiet.

- Mariusz jest bardzo dzielny. Podtrzymuje na duchu młodych Ukraińców, którzy z nim siedzą. Opowiada o "Solidarności". W celi zrobiliśmy szachy z chleba i rozegraliśmy turniej - powiedział dziennikarz rosyjski, któremu po wypuszczeniu z więzienia kazano natychmiast wynosić się z Białorusi.

Wczoraj konsul polski w Kijowie przekazał Samolińskiej i Maszkiewiczowi nowe paczki żywnościowe, śpiwory i ciepłą odzież. Jak poinformował konsula naczelnik aresztu przy Akreścinie, dwójka Polaków właśnie tam będzie siedzieć do końca wyroku.