Lwów czeka na Papieża

Na placu pod Operą ludzie tłoczą się już od wczesnego popołudnia. Przez centrum Lwowa nie jeżdżą żadne samochody. Milicyjne barierki oddzielające ulice od chodników przystrojone są watykańskimi flagami, transparentami i plakatami z Papieżem

Lwów czeka na Papieża

Na placu pod Operą ludzie tłoczą się już od wczesnego popołudnia. Przez centrum Lwowa nie jeżdżą żadne samochody. Milicyjne barierki oddzielające ulice od chodników przystrojone są watykańskimi flagami, transparentami i plakatami z Papieżem

Całe Korso przy lwowskiej operze jest zielone i szare od harcerskich mundurów. - My jesteśmy z Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej, a tamci są ze Związku Harcerstwa Polskiego - pokazuje mi pyzata dziewczyna grupę harcerzy stojących pod pomnikiem. Nasze organizacje się nie lubią, ale tu pracujemy razem jako służba porządkowa. Papież to tak fajny facet, że jest między nami pełen ekumenizm! - śmieje się.

Galinie łatwiej po angielsku

Tuż obok niej ruda młoda kobieta w żółtym berecie z emblematem papieskiej wizyty sprzedaje harcerzom album ze zdjęciami ze Lwowa. Rozmawia z nimi po angielsku. Na swoim stoisku ma chorągiewki, chustki i znaczki z Papieżem.

Gdy harcerze odchodzą z zakupem, zagaduję do niej po polsku.

- Jestem Ukrainką - przyznaje - ale rosyjskojęzyczną, więc z Polakami łatwiej rozmawia mi się po angielsku.

Nazywa się Galina. Przyjechała do Lwowa z rodzicami, gdy zaczynała studia. Pochodzi z południowej Ukrainy.

- Moja praca jest płatna, ale nie dlatego tu jestem - mówi. - Chcę zobaczyć Papieża. To wielki człowiek, choć... nie jestem pewna, że to właśnie on reprezentuje Boga na ziemi - wyznaje po chwili namysłu. Wiesz, jestem prawosławna, a my nie uznajemy papieża.

- To po co tu pracujesz?

- Część prawosławnych jest przeciwna jego wizycie. Nie potrafię zrozumieć dlaczego. Pewnie się go boją, a przecież chrześcijanin nie powinien się bać innych wierzących. Jestem pewna, że Jan Paweł II ma dobre intencje.

- Twoi rodzice są prawosławni i nie mają nic przeciwko temu, że tu pracujesz? - pytam.

- No co ty? Moi rodzice są prawosławni od niedawna. Człowiek na starość potrzebuje religii. Kiedyś byli zwykłymi sowieckimi ludźmi, ateistami.

Do Galiny podchodzi pani w biało-żółtej chustce na szyi i pyta o drogę na ul. Kościuszki.

Galina nie wie, gdzie to jest. Bezradnie rozkłada ręce.

- Teraz się pewnie nazywa inaczej - tłumaczy. - To miasto jest zlepkiem różnych kultur i narodowości. Obok siebie żyją Ukraińcy, Polacy, Rosjanie. Nigdy się specjalnie nie kochali. Sama to odczułam. Mówię po ukraińsku, ale nie tak dobrze jak po rosyjsku. Moi rodzice nie mówią po ukraińsku prawie wcale. Gdy sprowadziliśmy się do Lwowa i zaczęłam studiować, niektórzy moi koledzy dawali mi odczuć swoją niechęć. Myślę, że Lwów jest bardziej tolerancyjny dla Polaków.

- To nieprawda, że jesteśmy nietolerancyjni - przerywa kolega Galiny Kostia, który razem z nią sprzedaje papieskie chorągiewki i albumy. - Do mnie ciągle podchodzą ludzie z polskich wycieczek, pytają o jakieś przedwojenne ulice, mówią, że to polskie miasto. Na początku mnie to złościło, później pomyślałem sobie, że przecież oni mają rację.

- I tak wszyscy kiedyś będziemy w zjednoczonej Europie - ucina Galina, niby żartując, ale w jej głosie daje się wyczuć nutkę powagi.

- Chcielibyście?

- No pewnie! - podnieca się Galina. - Nie chodzi nawet o pieniądze. Chcemy normalnie podróżować bez żadnych wiz i żyć w wolnym świecie. Najgorsze jest to, że mogą nas znowu zamknąć, zbudować Europę bez nas. Boimy się tego, bo już zbyt długo byliśmy zamknięci.

Polska Ukrainka

Przy metalowej barierce czeka na papieski przejazd zbita grupa ludzi. - O, panowie tak ładnie mówią po polsku - mówi starsza kobieta do mnie i fotoreportera. - Ja też jestem urodzona w Polsce... tyle że jestem Ukrainką - grekokatoliczką - mówi z dumą.

Pani Maria czeka na papieski przejazd od rana. Nie chce stracić dobrego miejsca przy barierce.

- Urodziłam się w Sanoku. Wysiedlili nas stamtąd w 1946 r.

- Kto?

- Trochę Stalin, trochę wy - śmieje się pani Maria. - Pan pewnie nie wie, co to była akcja "Wisła".

Nigdy nie miała pani żalu do Polaków?

- Wie pan, gdy przyjechaliśmy do Lwowa, miałam dwa lata. W 1967 r. pojechałam do Koszalina odwiedzić rodzinę. To była moja pierwsza wizyta w Polsce. Przeżyłam szok, gdy człowiek na ulicy krzyknął za mną i moją mamą: wynocha "banderówy". Pytam: jak panu nie wstyd? Na tych ziemiach odzyskanych jest pan obcy tak jak my.

Pani Maria uśmiecha się. - Teraz już tego nie ma. Żyjemy tu we Lwowie razem, Polacy i Ukraińcy, i jest między nami dobrze.

Pani Maria nie może się doczekać przejazdu Papieża.

- Chciałam pojechać do Polski, gdy Jan Paweł II był w Przemyślu, ale nie miałam pieniędzy - mówi podniecona. Jednak się w końcu doczekałam i Ojciec Święty przyjechał do nas.

Lwowiak z Warszawy

Przed operą stoi wycieczka z Warszawy. Sami starsi ludzie. Siwy pan zdejmuje co chwila grube okulary, jakby czegoś nie poznawał. - Ależ to było miasto! - mówi do towarzyszącej mu pani i ukradkiem ociera łzę.

- Pan jest ze Lwowa? - zagaduję.

- Cała moja rodzina pochodzi z tych stron. Mój ojciec wykładał na politechnice.

- A kiedy pan wyjechał z Polski?

- Nigdzie nie wyjeżdżałem. To Polska wyjechała ze Lwowa. A myśmy pojechali za nią. Miałem dziesięć lat.

Przyjechali państwo na spotkanie z Papieżem?

- Tak, ale nie sądziłem, że na widok Lwowa tak się rozkleję.

Mikołaj Lizut, Lwów