Musical o gułagu

W Seulu od trzech dni grany jest niezwykły musical o północnokoreańskim gułagu. Do zrobienia tego spektaklu namówił uciekiniera z Korei Północnej dokumentalista Andrzej Fidyk. Być może niedługo obejrzymy ?Yoduk Story? w Polsce

Północnokoreański gułag łączy najgorsze cechy obozów stalinowskich i hitlerowskich. Kim Dzong Il wysyła tam całe kilkupokoleniowe rodziny. Pracują po 15 godzin dziennie w kopalniach i fabrykach, ich dzienna racje żywności to 350 gr mąki kukurydzianej. Więźniów jest około 200 tysięcy. Kamienuje się ich, by oszczędzić kule.

Yoduk leży 110 km od stolicy Korei Południowej. To obóz "reedukacji" nr 15, największy z kilkudziesięciu obozów północnokoreańskich. 38-letni dzisiaj reżyser Jung Sung-san zbiegł z tego obozu przed dwunastoma laty - trafił tam za słuchanie radia południowokoreańskiego. Kilka lat później nakręcił w Korei Południowej film, w którym zagrał inny uchodźca północnokoreański. Reżim się zemścił na ojcu Junga, którego ukamienowano w obozie.

Premiera musicalu do ostatniej chwili wisiała na włosku. - W Korei Południowej temat obozów północnokoreańskich jest niepoprawny politycznie - mówi "Gazecie" Andrzej Fidyk. - Uchodźcy narzekają na obojętność rodaków. Za miedzą jest niechciana rzeczywistość, której mieszkańcy Południa nie chcą widzieć.

Na konferencję w Seulu przyszły jednak setki dziennikarzy. "Yoduk-Story jest o moim zmarłym ojcu i o mnie. Chcę by ludzie się dowiedzieli, że to wszystko dzieje się naprawdę" - powiedział Jung Sung-san.

Jednym z pierwowzorów głównej bohaterki była narzeczona reżysera. "Yoduk Story" opowiada o znanej tancerce, która trafiła do obozu, bo jej ojca dygnitarza oskarżono o szpiegostwo. Tancerka zakochuje się w strażniku i zachodzi w ciążę. We wstrząsającej scenie porodu jej krzyki zagłuszają pieśni patriotyczne wykrzykiwane przez więźniów.

Sceny bicia więźniów, łapania i zjadania szczurów kontrastują z luksusem, w jakim pławi się dwór Kima. "Nie pozwól sobie na skargę. Mów szeptem, szeptem, uważaj na słowa" - śpiewa chór. Jednak sztuka kończy się akcentem nadziei - na scenie pozostaje dziecko urodzone ze związku więźniarki i strażnika. "Przez potęgę kultury sprawimy, że prawa człowieka staną się rzeczywistością" - mówi Jung.

Obóz koncentracyjny śpiewany i tańczony? Pomysł budzi kontrowersje. - Maczałem w tym palce - przyznaje Fidyk. Twórca "Defilady", dokumentu o obchodach 40-lecia KRLD, dobrze zna problem gułagów północnokoreańskich i milczenia świata. Najpierw namówił Junga, by przeżycia uchodźców przedstawić w formie teatralnej. Wspólnie uznali jednak, że takie przedstawienie byłoby nie do wytrzymania dla widzów. Reżyser wybrał formę musicalu na serio. - Powstał piękny i wzruszający spektakl na wysokim poziomie artystycznym - ocenia Fidyk.

Dla władz południowokoreańskich spektakl jest w najwyższym stopniu kłopotliwy - boją się, że zepsuje im nawiązywane z trudem stosunki z Phenjanem. Reżyserowi doradzano, by usunął niektóre drastyczne sceny. Gdy nie ustąpił, zaczął odbierać telefony z pogróżkami. "Usłyszałem: dopadniemy cię. Zostaniesz ukarany" - poskarżył się reżyser dziennikowi seulskiemu "Chosun Ilbo".

Jeszcze przed premierą wycofał się jeden z głównych sponsorów, zabierając połowę budżetu spektaklu. Reżysera to nie dziwi - w radzie nadzorczej firmy zasiada członek rządzącej partii. Zdesperowany Jung podpisał cyrograf na sprzedaż własnej nerki. W ostatniej chwili nerkę - i spektakl - uratowali norwescy producenci filmowi, którzy podpisali czek na 150 tys. dol.

"Yudok Story" grane jest w Seulu codziennie w sali na tysiąc widzów. W planach jest wystawienie musicalu w Polsce i Norwegii. Fidyk: - Mamy kilka pomysłów: wystawić spektakl z polskimi aktorami? Zaprosić koreański zespół? Myślałem nawet o tym, żeby wystawić "Yoduk Story" w Auschwitz.

Fidyk i Jung pracują teraz nad filmem o północnokoreańskich obozach. Dokument, który współfinansują Norwegowie i polska telewizja, ma zostać ukończony jeszcze w tym roku.