Białoruś: Kara śmierci za protesty?

Szef białoruskiego KGB zagroził w czwartek karą śmierci tym, którzy będą protestować na ulicach przeciwko oficjalnym wynikom niedzielnych wyborów prezydenckich

Do pokojowego protestu przeciwko spodziewanym fałszerstwom wzywa Aleksander Milinkiewicz, kandydat opozycji demokratycznej na prezydenta. Prosi rodaków, żeby w niedzielę po zamknięciu lokali wyborczych zebrali się na na Placu Październikowym w centrum stolicy. - Ja tam będę razem z synami. Nie przyjdziemy jednak awanturować się. Spokojnie wyrazimy swój protest. Jeśli władza wyśle przeciw nam OMON-owców z tarczami, my w te tarcze zatkniemy kwiaty - zapowiadał Milinkiewicz na spotkaniu z wyborcami.

Aleksandr Łukaszenko jednak najbardziej boi się właśnie kwiatów zatkniętych za tarcze. Taki obrazek świat zobaczył w Kijowie, kiedy jesienią 2004 roku pomarańczowy tłum bratał się z funkcjonariuszami broniącymi dostępu do siedziby ukraińskiego prezydenta i stało się jasne, że reżim Leonida Kuczmy przegrał.

Dlatego szef białoruskiego KGB Ściapan Sucharenka ogłasza dziś, że opozycja tak naprawdę szykuje nie pokojową demonstrację, lecz prowokacje, zamachy i podpalenia. Według niego w tłumie na placu ma wybuchnąć bomba, co sprowokuje masowe zamieszki. A opozycja zeche siłą przejąć władzę w kraju.

Sucharenka przestrzegł wczoraj na konferencji prasowej: - Działania tych, którzy 19 marca zaryzykują wyjście na ulice i spróbują zdestabilizować sytuację, zostaną potraktowane jak terroryzm.

I przypomniał, że za terroryzm zgodnie z paragrafem 298 Kodeksu Karnego grozi wyrok od ośmiu lat więzienia do dożywocia lub kara śmierci.

Dodał, że jego ludzie prowadzą już dochodzenie w sprawie przygotowań do aktu terrorystycznego, a jednym z podejrzanych jest Anatolij Labiedźka, nieformalny zastępca Milinkiewicza, przewodniczący Zjednoczonej Partii Obywatelskiej.

- To, co mówi Sucharenka, świadczy, że ludzie Łukaszenki wpadli w histerię. Boją się, że stracą władzę i ze strachu są gotowi nawet na zbrodnie - mówi Labiedźka w rozmowie z "Gazetą".

Na konferencji prasowej szefowi KGB towarzyszyli minister spraw wewnętrznych Uładzimir Naumał i prokurator generalny Piotr Mikłaszewicz. Ten pierwszy ostrzegł dziennikarzy, którzy chcą w niedzielę przyjść na Plac Październikowy, że wyznaczy im tam linię, ktorej nie wolno im będzie przekroczyć. Kto ją przejdzie, zapowiedział, będzie traktowany jak terrorysta. Zabrzmiało to, jak dawna komenda używana przez oficerów NKWD konwojujących łagierników: - Krok w prawo, krok w lewo będzie uważany za próbę ucieczki i karany rozstrzelaniem.

Szefowie resortów siłowych oskarżyli dyplomatów Gruzji, Ukrainy i Litwy o udział w "przestępczych działaniach opozycji białoruskiej". Na dowód udziału tych krajów w spisku telewizja białoruska pokazała zatrzymanych ponoć przez milicję ludzi, którzy mieli przejść szkolenie terrorystyczne w Gruzji. Jeden przyznał się, że jego zadaniem było wysadzenie w niedzielę lokali wyborczych w czterech szkołach w Mińsku.

Wczoraj władze nie wpuściły do kraju kolejnych zagranicznych obserwatorów. Wiz odmówiono sześciu litewskim posłom, którzy zamierzali przyjechać na wybory. W odpowiedzi litewski Sejm przyjął rezolucję potępiającą represje władz białoruskich wobec opozycji politycznej.