Rolnikom grożą kary za nadprodukcję mleka

Co czwartemu dostawcy mleka grożą kary finansowe za przekroczenie limitów produkcji. Mleczarze nie zamierzają ich płacić i grożą protestami. Chcą, by rząd załatwił z Brukselą cofnięcie kar albo pokrył je z budżetu krajowego

Chodzi o pieniądze, jakie rolnicy mają zapłacić Brukseli za zwiększenie produkcji mleka między kwietniem 2005 a 2006 roku. Ile to będzie? Rozstrzygnie się do końca marca, bo do 31 marca zgodnie z unijnym prawodawstwem trzeba dokonać rozliczeń produkcji mleka za poprzedni rok.

Bruksela jest bezlitosna - kto z rolników dostarczył więcej mleka, niż wynosił jego limit zwany kwotą mleczną, ten musi zapłacić karę. Maksymalnie nawet 0,30 euro za każdy litr powyżej limitu. Już teraz polscy dostawcy mleka płacą zaliczki na poczet kar - po 20 gr za każdy przekroczony litr limitu. Ile naprawdę wyniesie kara, będzie wiadomo dopiero po zsumowaniu przekroczonych limitów przez część rolników i niewykorzystanych przez innych. Każdy rolnik musi bowiem wykorzystać w ciągu roku minimum 70 proc. swojego limitu. Jeśli wykorzysta mniej, to część niewykorzystana wędruje do rezerwy krajowej i liczy się do ogólnego bilansu limitu krajowego.

Rolnicy chcą większych limitów

Już dziś wiadomo, że nie zapłacimy maksymalnej kary, bo według Agencji Rynku Rolnego limity przekroczyło 70 tys. z około 300 tys. dostawców mleka (czyli 24 proc.). Sami mleczarze szacują, że kara wyniesie więc ok. 70 gr za każdy litr powyżej limitu. Dla rolnika, który przekroczył 100 tys. l, oznacza to 70 tys. zł kary. Dla przykładu dostawcy mleka do największej w kraju spółdzielni mleczarskiej Mlekovita w Wysokiem Mazowieckiem (wraz z zależnymi od niej spółdzielniami ma blisko 8,5-proc. udział w rynku) do końca roku mieli już naliczone 15 mln zł kar.

Nad rolnikami wiszą wielomilionowe kary, więc ci nie siedzą z założonymi rękami. - Do końca marca czekamy na decyzję Brukseli o zwolnieniu nas z kar. Potem będziemy protestować w kraju, a także w Brukseli - zapowiada Waldemar Broś, prezes związku spółdzielni mleczarskich.

Mleczarze domagają się dwóch rzeczy. Po pierwsze, by Komisja Europejska zamieniła im niewykorzystaną kwotę bezpośrednią (czyli to, co rolnicy mogą produkować na własny użytek) na zwiększenie limitu produkcji dla mleczarni. Chodzi o mniej więcej 120 mln l.

Po drugie, by jeszcze w marcu przed ostatecznym wyliczeniem kar Bruksela przyznała Polsce dodatkowy limit tzw. kwoty restrukturyzacyjnej. Chodzi o 404 mln l, jakie Polska może dostać dodatkowo, jeśli udowodni, że w kraju rośnie spożycie mleka. Wniosek w tej sprawie polski rząd złożył jesienią. Powołał się przy tym na dane GUS, z których wynika, że konsumpcja mleka i jego wyrobów w kraju rośnie. W 2004 r. rolnicy dostarczyli do mleczarni 7,769 mld l, a w 2005 r. już 8,4 mld, przy zachowaniu tej samej wielkości produkcji ok. 11,8 mld l. To znaczy, że ok. 660 mln l zamiast pozostać w gospodarstwie z przeznaczeniem np. na skarmianie zwierząt, trafiło na rynek.

Jeśli KE uwzględni obydwa postulaty, to rolnicy nie zapłacą ani grosza kar, bo zmieszczą się w limitach.

Kara za nadprodukcję?

- Jeszcze w zeszłym roku aż miło było patrzeć na naszą wieś. Rolnicy jak szaleni inwestowali - powstawały nowe obory, kupowali jałówki dobrych mleczny ras, nowoczesny sprzęt do mleka. Teraz się wszystko zahamowało, szkoda tych ludzi i ich wysiłku - mówi Dariusz Sapiński, prezes Mlekovity.

Sama Mlekovita, która słynie z serów twardych i topionych, też zainwestowała: w grudniu uruchomiła nową linię produkcyjną tzw. probiotyków, czyli mlecznych napojów pitnych zawierających żywe bakterie. Wszystko po to, by sensownie zagospodarować rosnące dostawy mleka. Sensownie, czyli w produkty, których na rynku krajowym brakuje, a które są szczytem mody na Zachodzie. - Tam ludzie szukają zdrowych płynów, które są alternatywą dla kawy czy herbaty. Takich, do których spożycia nie potrzeba łyżeczek. Dopinamy już kontrakty eksportowe, ale chcemy, by w kraju też rosło spożycie probiotyków - mówi Sapiński.

Jego zdaniem żadnej spółdzielni w kraju, nawet Mlekovity, nie stać na płacenie kar. Nie stać też rolników (spółdzielnie zapłacą kary, a potem ściągną je z rolników, obniżając ceny skupu). Dlatego Sapiński jest przekonany, że jeśli rząd nie załatwi wycofania kar z Brukselą, to powinien je sam zapłacić z budżetu krajowego.

O tym, że i w rządzie pojawiają się takie pomysły, może świadczyć wypowiedź byłej już wiceminister rolnictwa Stanisławy Okularczyk (straciła pracę za nazwanie przedwyborczych obietnic PiS "bzdetami") na spotkaniu z mleczarzami. Obiecała im, że mogą liczyć na wsparcie budżetu krajowego.

- To wszystko absurd. Z jednej strony, KE dała nam okres przejściowy na dostosowanie naszych mleczarni do poziomu Unii do końca 2006 r. Z drugiej, chce nas ukarać za to, że to dostosowanie następuje nawet szybciej. Ciągle wierzymy, że w Unii są mądrzy ludzie, którzy nie dopuszczą do ukarania polskich rolników za dobre efekty ich pracy - mówi Broś.

Po co limity?

Unia Europejska wprowadziła ścisłe ograniczenie w produkcji mleka, bowiem rolnicy Piętnastki zadowoleni z cen skupu bez opamiętania powiększali produkcję. W rezultacie w magazynach rosły góry masła i mleka w proszku, do których przechowywania trzeba było coraz więcej dopłacać. Dlatego teraz Bruksela ustala, ile mleka cała Unia może wyprodukować, i ten limit dzieli między poszczególne kraje. Kary są tak wysokie, by zniechęcić rolników do przekraczania limitów. Kwoty mleczne były jednym z najtrudniejszych elementów naszych negocjacji przedakcesyjnych. Opozycja do dziś zarzuca ówczesnemu rządowi SLD-PSL, że wynegocjował zbyt niskie kwoty, bo naszych rolników (i krowy) stać na znacznie więcej.

Na początku lat 90. w Polsce było ok. 450 mleczarni, teraz jest ich ok. 200. Zmniejszyła się też niemal o połowę liczba krów, jakie mieli wówczas rolnicy, jednak ilość mleka, jaką dostarcza przeciętna krowa, niemal się podwoiła.