Koniec skompromitowanej Komisji Praw Człowieka

Komisja Praw Człowieka ONZ zbierze się wkrótce w Genewie zapewne po raz ostatni. Według nowego projektu nieefektywną instytucję zastąpi Rada Praw Człowieka. Co do tego, czy Rada będzie lepsza, zdania są jednak podzielone

Komisja Praw Człowieka ONZ stała się w ostatnich latach symbolem indolencji ONZ. Była klubem, w którym zasiadały niemal wszystkie państwa gwałcące prawa człowieka, m.in. Chiny, Kuba, Rosja, Libia, Zimbabwe, Sudan i Arabia Saudyjska. Ich jedynym celem było niedopuszczenie do jakiejkolwiek dyskusji na ich własny temat.

Nawet sekretarz generalny ONZ Kofi Annan otwarcie mówił, że Komisja kompromituje kierowaną przez niego organizację. I on, i Stany Zjednoczone uznały, że reforma ONZ zacząć się powinna właśnie od Komisji.

Nad zmianami pracował szwedzki ambasador Jan Eliasson. W zeszłym tygodniu, po wielomiesięcznych konsultacjach, przedstawił projekt już nie Komisji, lecz Rady, który jego zdaniem ma szansę zostać zaakceptowany przez większość członków ONZ.

W negocjacjach przepadło jednak wiele szczytnych założeń. Nie będzie np. egzaminu wstępnego, podczas którego państwa kandydujące do Rady musiałyby udowodnić, że same przestrzegają praw, na straży których stać ma Rada. Zrezygnowano też z wymogu uzyskania przez kandydata poparcia co najmniej dwóch trzecich ze 191 członków ONZ. Teraz wystarczy do tego zwykła połowa oraz zapewnienie kandydata, że będzie dążył do poprawienia sytuacji praw człowieka także u siebie.

Rada składać się ma z 47 krajów wybieranych na trzy lata. Każdy region geograficzny świata będzie miał zagwarantowaną określoną liczbę miejsc (np. Europa Środkowa i Wschodnia będzie miała ich pięć), jednak będzie miał obowiązek przedstawiania do wyboru większej niż przypadająca mu kwota liczby kandydatów. Ostatnio coraz częściej zdarzało się bowiem, że członkowie regionu ustalali między sobą reprezentację i pozbawiał członków ONZ jakiegokolwiek wyboru, wystawiając tylu kandydatów, co foteli do objęcia.

Rada będzie miała obowiązek, na początek kadencji, dokonać publicznego przeglądu sytuacji w każdym państwie wchodzącym w jej skład. A Zgromadzenie Ogólne będzie miało możliwość - dwoma trzecimi głosów - wyrzucenia z Rady kraju, który dopuściłby się spektakularnych pogwałceń praw człowieka. Dyplomaci ONZ mają nadzieję, że dzięki temu kraje takie jak Libia zamiast walczyć o miejsce w Radzie i blokować dyskusję na swój temat, będą starały się jej unikać.

Ale nawet i to nie zapewni im spokoju - Rada regularnie będzie się przyglądać każdemu państwu ONZ. Nikt już więc nie będzie mógł, co np. zawsze i zazwyczaj ze skutkiem robiły Chiny, wnioskować o zdjęcie z porządku obrad dyskusji na swój temat.

Rada będzie mogła szybciej reagować na kryzysy na świecie. Nie powinien się powtórzyć przypadek Ruandy, gdy sprawozdawcy Komisji byli jednymi z pierwszych piszących alarmujące raporty o narastającym konflikcie. Ich raporty zostały rozpatrzone wiele miesięcy później, gdy wojna się skończyła, a blisko milion osób straciło życie. Komisja zbiera się bowiem tylko raz w roku wiosną. Rada będzie miała co najmniej trzy sesje rocznie i w razie potrzeby jej członkowie będą mogli zabiegać o nadzwyczajne posiedzenie.

Obrońcy praw człowieka są zadowoleni. - Projekt daje mniej, niż liczyliśmy, ale i tak jest o wiele lepszy niż aktualna Komisja - uważa Kenneth Roth, dyrektor Human Rights Watch.

Według dyplomatów Unii Europejskiej, z którymi rozmawiała "Gazeta", projekt - mimo ostrej krytyki ze strony USA za zbytnie rozmycie reform - ma duże szanse na przyjęcie już w najbliższych dniach. - Amerykańska chęć dalszego negocjowania projektu sprzyja tym, którzy łamią prawa człowieka - twierdzi Roth. Jeśli projekt zostanie zaakceptowany, członkowie Rady zostaną wybrani w maju, a pierwsza sesja Rady Praw Człowieka rozpocznie się 19 czerwca.